
Adam Małysz bardzo dobrze radzi sobie w Letniej Grand Prix, co zresztą potwierdza jego 2. miejsce w klasyfikacji generalnej. Uwaga kibiców jest jednak chyba bardziej skupiona na zmianach, które zostały “na próbę” wprowadzone do systemu punktowania. Ponoć pomysł jest dobry i daje szansę na sprawiedliwe wyniki. Ale kto wytłumaczy widzowi, dlaczego zawodnik, który skoczył parę metrów krócej, wygrywa?
Skoki narciarskie są taką dyscypliną, która, chcąc nie chcąc, musi się poważnie liczyć z siłami natury; najbardziej z wiatrem, ale także ze śniegiem czy mrozem. Całkowicie wyeliminować zjawisk atmosferycznych się nie da, bo musielibyśmy wprowadzić skakanie… pod dachem, a do takich absurdów mam nadzieję nie dojdzie (choć swego czasu przebąkiwano o tym pomyśle). Wiatr czasami wypaczał wyniki konkursów: nieraz słabszemu powiało pod narty i pofruuunął, z kolei lepsi zawodnicy trafiali na wiatr “z tyłu” lub ciszę… i już sensacyjne rozstrzygnięcie stawało się faktem. Z drugiej strony niekiedy wypaczone wyniki nie były tylko winą wiatru, ale zaniedbań (lub, jeśli iść teorią spiskową, premedytacji) międzynarodowej federacji na czele z Walterem Hofferem i sędziów. Aby wiatr był dla wszytskich w miarę równy, można przecież przytrzymac nieco zawodnika na belce, gdy ma ten wiatr za dobry lub za słaby.
Zdecydowano się jednak na wprowadzenie nowego systemu punktowania, który jest testowany podczas Letniej Grand Prix i jeśli uzyska pozytywną opinię działaczy, trenerów, zawodników, to zapewne zostanie wprowadzony już do tegorocznej rywalizacji zimowej. Pytanie tylko, czy słusznie… Sam Adam Małysz, choć początkowo sceptycznie nastawiony do pomysłu, teraz zachwala nowe rozwiązanie jako bardziej sprawiedliwe i jest za jego wprowadzeniem. Trudno jednak kazać widzowi myśleć tak samo. Przecież gdyby stary system nadal był w mocy, to Małysz zapewne wygrałby w tym sezonie, i to pewnie nie raz, z Simonem Ammanem, a tak, musiał zadowalać się drugimi miejscami.
Nawet jeśli zawodnicy chwalą nowy system, to nie jest to jeszcze powód do całkowitego braku wątpliwości. Wiadomo, że zawodnicy chcą mieć wpływ na to, jak będą oceniani, ale z drugiej strony nie można zapomnieć, dla kogo zawodnicy skaczą, bo przecież to, że nie tylko dla siebie, nie ulega wątpliwości. Skaczą też, a może przede wszystkim dla kibiców, którzy napędzają przecież koniunkturę na skoki narciarskie. Czy zatem zdanie kibiców, czyli w zdecydowanej większości widzów telewizyjnych, nie powinno być brane pod uwagę?
Zasady powinny byc jasne i przejrzyste, a jeśli są niesprawiedliwe, należy próbować zmienić je, ale w taki sposób, by dalej mogły byc zrozumiałe dla widza. Czy wobec tego w skokach, w których teraz stosuje się “przelicznik wiatru” będzie podobnie jak w łyżwiarstwie figurowym, w którym po aferach z przekupnymi sedziami w roli głównej, wprowadzono nowe przepisy, które jednak praktycznie nadal pozostają dla przeciętnego widza zagadką. Również obserwując konkurs skoków na nowych zasadach widz właściwie nie bardzo wie, o co chodzi i czego może się spodziewać. Nie może polegać na własnych zmysłach: na tym, co widzi, słyszy, gdyż to może okazać się zupełnie mylne! Jedyną wyrocznią są zdobyte przez zawodnika punkty, ale jak, co, z czego i dlaczego?… tego już nie wiadomo. Widz bowiem nie ma żadnego podglądu na siłę wiatru i sławetny “przelicznik”, musi uwierzyć na słowo, że “tak ma być”. A że ciężko uwierzyć, że twój faworyt jest czwarty, mimo że skoczył najdalej? Cóż, to już zdaje się tylko i wyłącznie twój problem.
Może i skoki są teraz bardziej sprawiedliwe, ale czy stały się ciekawsze, bardziej emocjonujące czy… wręcz przeciwnie? Wszystko teraz niby jest zmierzone, przeliczone, dlatego o “farcie” nie może być mowy. Ale jak tu się emocjonować tym, że na przykład kolejni zawodnicy poprawiają swoje osiągnięcia i “przeskakują się” nawzajem, skoro i tak za chwilę komputer może zweryfikować naszą radość według przelicznika. Obserwator skoków narciarskich jest teraz właściwie w sytuacji niemego obserwatora, któremu odebrano jakiegolwiek prawa, może jedynie obserwować rzeczywistość, ale bez gwarancji, że to, co widzi, pokryje się z końcowymi rezultatami. Może to zabrzmi górnolotnie i przesadnie, ale moim zdaniem ktoś nieładnie zakpił sobie po trosze z kibiców skoków. Oto bowiem siedzimy przed telewizorem i jedyne, co nam pozostaje, to czekać na wynik zawodnika po to, by następnie, mimo totalnego niezrozumienia sytuacji, nie dziwić się niczemu… Władzom FIS ciągle zależy na podnoszeniu oglądalności skoków, ich uatrakcyjnianiu. Moim zdaniem wprowadzenie nowych przepisów są akurat ruchem dokładnie w przeciwną stronę.
(Kinia)


