
Polska zajęła 5. miejsce w klasyfikacji medalowej na zakończenie Mistrzostw Świata w Lekkiej Atletyce w Berlinie, wyprzedzając między innymi gospodarzy, Niemców! To nasz najlepszy wynik w historii startów w czempionacie globu. Czy medale Polaków to nasza siła czy słabość rywali? Czy to jednorazowy wystrzał, czy może trwalsza tendencja?
Przed berlińskimi mistrzostwami mówiono o około sześciu realnych szansach naszych lekkoatletów na medal. Zasada zawsze mówi, by dzielić te szanse na pół i wtedy otrzymamy liczbę medali, którą realnie można zdobyć, biorąc pod uwagę różne uwarunkowania (pogoda, stres, przeciwnicy, sam zawodnik itd). Niespodziewanie, miast około trzech medali, zdobyliśmy osiem! Polacy byli na ustach lekkoatletycznego świata, a największą bohaterką została Anita Włodarczyk, która pobiła rekord świata. W klasyfikacji medalowej wyprzedziły nas tylko lekkoatletyczne potęgi, takie jak: Stany Zjednoczone, Jamajka, Kenia i Rosja; za nami byli zawsze mocni: gospodarze – Niemcy, Brytyjczycy, Etiopczycy i inni. Czy ten marsz triumfalny ma szansę nadal trwać? Czy polską lekkoatletykę czekają lata “Wunderteamu 2″? Przeanalizujmy najpierw berlińskie “zdobycze” biało-czerwonych.
“Medalomanię” rozpoczął Tomasz Majewski, który był liderem tegorocznych tabel i jechał po prawie “pewny” złoty medal. Zamiast złota musiał sie jednak zadowolic srebrem, bo chociaż rzucił bardzo daleko: 21,91, to Amerykanin Cantwell, pchnął kulę poza granicę 22 metrów. Nasz “olbrzym” był niepocieszony, ale trzeba zauważyć, że konkurs stał na wysokim poziomie i srebro też jest dużym osiągnięciem, zwłaszcza z bardzo dobrym wynikiem. Dobry kolega Majewskiego, Szymon Ziółkowski, również poszedł w jego ślady i po kilku “chudych” latach wrócił na podium. Rezultat co prawda nie był powalający, ale po pierwsze poziom młotu mężczyzn jest teraz niższy po aferach dopingowych, a po drugie nie jest tak łatwo odbudować formę po kilku latach nieco słabszych. Kolega pozostałej dwójki, Piotr Małachowski również “dostroił” sie do ich wyczynów i zdobył srebro, będąc z niego wielce niezadowolony. Podobnie jak w przypadku Majewskiego został pokonany w osttaniej kolejce i to przez Niemca Hartinga, mimo że dwukrotnie poprawiał rekord życiowy (aż na 69,15m). Kibice i dziennikarze, oceniający wartość medalu trzeźwiej niż sam zawodnik, z satysfakcją przypominali mu, że przez bolesną kontuzję palca bardzo możliwa była jego absencja w Berlinie.

Żłotymi zgłoskami zapisały sie także tyczkarki: Anna Rogowska i Monika Pyrek, a zwłaszcza ta pierwsza, która pokonała samą Jelenę Isinbajewą i wysłuchała “Mazurka Dąbrowskiego”. Mimo skręcenia nogi , Rogowska zdołała skoczyć 4,75 i wygrać, co wynagrodzi jej ciężkie lata, w których prześladowały ją kontuzje. Monika Pyrek również nie zawiodła – pokonała pokonała słabszą formę i po raz kolejny wywalczyła medal na imprezie mistrzowskiej. Sporym zaskoczeniem był medal siedmioboistki Kamili Chudzik, która bez kompeksów wtargnęła do światowej czołówki i pokazała swe duże możliwości. Podobnym, a nawet większym zaskoczeniem był brąz Sylwestra Bednarka, który jak sam przyznał, miał chyba “dzień konia” i bijąc rekord życiowy na 2,32 udowodnił, że polski skok wzwyż jeszcze nie umarł i czasem warto dać szansę zawodnikowi, który nie ma minimum.
Mistrzostwa zakończyliśmy mocnym akcentem: złotem Anity Włodarczyk, okraszonym medalem świata 77,96, a na dodatek pokonaniem Niemki Heidler na jej własnym stadionie! Dodać jeszcze warto, że zdobyte zostało ono w niecodzienych okolicznościach, bowiem z radości po rekordowym rzucie zawodniczka… skręciła nogę i w kolejnych próbach nie brała udziału, a jedynie czekała na rozwój wypadków. Pamiętać też trzeba, że Włodarczyk przed mistrzostwami rozstała się z trenerem Cybulskim, co wywołało żywe dyskusje w środowisku i po części krytykę jej decyzji także, przyznaję się, z mojej strony (pisałam o tym w artykule “Polacy nie mają jaj”). Wielu uważało, że takie rozwiązanie jest głupotą i lekkomyślnością, tymczasem okazało się, że forma Włodarczyk na tym nie ucierpiała i jest ona wspaniałą spadkobierczynią sukcesów nieodżałowanej Kamili Skolimowskiej.
Przez ostatnie dni, z powodu tych sukcesów, żyliśmy w euforycznym nastroju, chociaż oczywiście nie wszystkim udało się osiągnąć to, czego chcieli: Noga odpadł w półfinale 110 m ppł, podobnie Jesień, tyle że na 400 ppł, a Sudołowi do brązu zabrakło 57 sekund… Generalnie obraz naszych dokonań był jednak bardzo pozytywny i pełen euforycznej, autentycznej radości.
Co złożyło się na nasz potężny wkład w berlińskie widowisko? Przede wszystkim dobra i stabilna forma w konkurencjach technicznych i medale “pewniaków”, na których wszyscy liczyli, a którzy nie zawiedli. Można pogdybać i powiedzieć, że zamiast dwóch sreber, mogły byc dwa złota, ale przecież… taki właśnie jest sport – nieprzewidywalny. Co ważne jednak, pokazaliśmy na tych mistrzostwach mocną psychikę i potrafiliśmy udowadniać, że dobre wyniki w sezonie i przewodnictwo w tabelach wyników nie było przypadkowe.
Potrafiliśmy wykorzystywać też słabość rywali, na przykład w skoku o tyczce czy w skoku wzwyż, chociaż… argument ten może być podawany też na naszą niekorzyść przez osoby, które są zdania, że nam sie najzwyczajniej w świecie “udało”, mieliśmy “farta” i tyle. Takim osobom odpowiadam: przysłowie piłkarskie mówi: “Jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz”; gdyby zastosować je do lekkiej atletyki, można by powiedzieć: “jesteś tak dobry, jak twój ostani skok, rzut, bieg”, czyli w tym przypadku na mistrzostwach. Czy to nasza wina, że rywale nie zawsze byli w najwyższej formie? Ależ skąd! My robiliśmy swoje, a jesli oni nie dali rady, czemu my mamy na tym nie skorzystać?
Pokazaliśmy, że jesteśmy “walczakami”, czy jak woli Marek Jóźwik “fajterami”: nie boimy się nikogo i niczego, a już na pewno nie Niemców, mimo że byli gospodarzami. Utarliśmy im nosa nie tylko w klasyfikacji medalowej, ale także w rzucie młotem, w którym łodarczyk pognębiła Niemkę rekordem świata. Mimo że konkursy były pełnie zwrotów akcji, potrafiliśmy zachowywac zimną krew i to mi się bardzo podobało. Na spontaniczną radośą i danie upustu emocjom był czas po rywalizacji sportowej.
Trudno jednak zachłysnąć się tylko sukcesami i nie dostrzec, że o ile w tym momencie konkurencje techniczne stoja u nas na wysokim poziomie, o tyle biegi prezentują się w tej chwili nieco gorzej. Znalazło to dobrze odzwierciedlenie w sztafecie 4×400 m mężczyzn, która ma u nas bogate tradycje. Zresztą ponoc sztafety przesądzają o sile reprezentacji. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale Polacy zajęli 5. miejsce, biegnąc na maksimum możliwości. Na razie nie ma powrotu do niedawnych przecież czasów, gdy nasza sztafeta 4X400 m regularnie zdobywała medale. W innych biegach też, oprócz wyjątków staliśy trochę kiepsko. To prawda, że Noga stracił czas na leczenie kontuzji, Jesień miała trochę pecha, a Plawgo w ogóle nie przyjechał z powodu kontuzji… Niemniej, to i tak trochę mało…
Na nasz dorobek medalowy jakiś wpływ miało też na pewno dobre i szybkie “rozpoczęcie zdobywania medali”, które budowało pozytywną atmosferę, rozładowywało stres, a powodowało potrzebną mobilizację. Mam nadzieję, że ta dobra energia i dobry klimat, jaki wykształcił się na tych mistrzostwach wokół polskiej lekkoatletyki, zostanie i będzie nam towarzyszył podczas następnych imprez. Mam także nadzieję, że zarażą się nim inni zawodnicy albo nieobecni albo dopiero wkraczający na areny poważnych zawodów. Mam nadzieję też, że klimat ten udzieli się na dłuższy czas działaczom, żebyśmy na kolejnych mistrzostwach nie musieli słuchać o tym, jak Anita Włodarczyk trenuje pod mostem w Poznaniu. Mamy mistrzów, zagwarantujmy im zatem mistrzowskie warunki!
Mistrzostwa w Berlinie dostarczyły nam wielu emocji i wzruszeń, nie tylko za sprawą Polaków, ale także fenomenalnych spektakli, które zapewniali sportowcy z całego świata, na czele z niesamowitym Jamajczykiem Usainem Boltem. Oby kolejne mistrzostwa, tym razem w Korei Płd również zagwarantowały taki koloryt i chwile wzruszeń…, no i również obfitowały w medale Polaków.
(Kinia)



[...] Original post by Kinia [...]