
Parę dni temu najlepsza obecnie polska zawodniczka w rzucie młotem, Anita Włodarczyk postanowiła rozstać się z trenerem Czesławem Cybulskim. Zastanawiając się nad całą sprawą i słusznością jej decyzji, doszłam do wniosku, że polscy zawodnicy “nie mają jaj”, są słabi psychicznie i często wybierają drogę na skróty. Nie ma się zatem co dziwić, że potem o sukcesy trudno.
Anita Włodarczyk to młociarka, która pod okiem Czesława Cybulskiego zrobiła ogromne postępy i zastąpiła tragicznie zmarłą Kamilę Skolimowską na pozycji “number 1″ kobiecego rzutu młotem w Polsce. Tym bardziej wszyscy zostali zaskoczeni informacją, Włodarczyk kończy tak owocną współpracę z trenerem w obliczu zbliżających się mistrzostw świata w Berlinie. Powodem zerwania współpracy były niecenzuralne słowa, jakie padły publicznie z ust trenera pod adresem zawodniczki. Mimo negocjacji psychologa, konfliktu nie udało się zażegnać. Trudno może wyrokować, kto w tym sporze ma rację, nie będąc naocznym świadkiem wydarzeń, ale mimo wszystko zawsze można zawierzyć opiniom prasowym i wypracować swój pogląd na sprawę.
Postawę Włodarczyk śmiem nazwać skrajną nieodpowiedzialnością. Rozumiem, że poczuła się poniżona jako człowiek, a zwłaszcza jako kobieta przez swojego trenera, i to przy świadkach, ale mimo wszystko uważam, że powinna dojść do porozumienia z trenerem. Jako podłoże konfliktu trener podał zachowanie zawodniczki, która w ostatnich dniach kwestionowała metody Cybulskiego, nie wykonywała jego poleceń, była rozkojarzona. Trener przyznał, że mimo wszystko jego zachowanie było chamskie i żałował użytych słów. Czy zatem nie lepiej było porozumieć się z trenerem, wykorzystując pertraktacje środowiska, zacisnąć zęby i mocno trenować do mistrzostw? Gdyby taka sytuacja powtórzyła się lub gdyby zawodniczka nadal miała żal za użyte słowa, zawsze można byłoby zakończyć współpracę i “na spokojnie” poszukać dobrego specjalisty, przynajmniej miary obecnego trenera. Cybulski z pewnością też nie ma łatwego charakteru, skoro już kilkoro zawodników, między innymi Szymon Ziółkowski, rozstawało się z nim. Nikt jednak nie podważa jego warsztatu szkoleniowego i sama zawodniczka dokonała za jego sprawą olbrzymiego “skoku”, jeśli chodzi o wyniki. Nikt nie mówi, że takie sytuacje są łatwe, ale z drugiej strony: czy nie hartują one zawodnika w obliczu kolejnych przeciwności?
Stąd naszła mnie właśnie ogólna refleksja na temat “bezpłciowości” polskich sportowców. Porównajmy to z innymi nacjami. Tacy Amerykanie na przykład są przekonani o swej wyższości, czują się pewni, dlatego obcy jest im strach przed rywalem. Weźmy piłkarzy innych nacji, choćby sąsiadującyh z nami: kilku gra w wielkich klubach i dość dobrze sobie w nich radzi. Dlaczego Polacy tego nie potrafią? Nawet wybijający sie ponad ligową przeciętność zawodnicy, wyjeżdzając do zachodnich klubów, popadają w przeciętność, kontuzję, siedzenie “na ławie”. Czasem wydaje mi się, że polscy zawodnicy to takie “ciepłe kluchy”. A przecież w sporcie chodzi o to, by “być twardym, a nie miętkim”.
Ostatnio na łamach “Przeglądu Sportowego” Tomasz Majewski opowiadał, że w konkursach rzutu młotem on i jego główny konkurent, Amerykanin Cantwell nie szczędzą sobie złośliwości, a nawet niecenzuralnych słów, a potem, niczym najlepsi kumple, idą razem na piwo. Dla większości polskich zawodników taki “model” współpracy jest pewnie nie do przyjęcia. A moim zdaniem, jest to model bardzo dobry! Nie od dziś wiadomo, że w rywalizacji sportowej nie ma miejsca na sentymenty, a że gra toczy się o dużą stawkę, obowiązują twarde reguły gry. Kto nie potrafi im podołać, wcześniej lub później przestaje się liczyć.

Mało w polskim sporcie zawodników takich jak Tomasz Majewski czy Justyna Kowalczyk, jednym słowem twardzieli, czy, używając terminologii Marka Jóźwika “fajterów”. Nie każdy ma takie cechy charakteru wrodzone, ale można nad tym pracować i nie ustawac w wysiłkach. Paweł Korzeniowski, zdobywca srebrnego medalu w Rzymie też “raz był na wozie, raz pod wozem”, ale nie zamierzał tak po prostu odpuścić w gorszych momentach.
Polski sport bywa bardzo “chimeryczny” i nigdy nie można być pewnym, jaki okaże sie w danym momencie. Długoletnie sukcesy to w polskim sporcie raczej marzenie ściętej głowy, a zwalanie winy na wszystko dookoła jest rzeczą nagminną. W zależności od potrzeb iokoliczności słońce może świecić zbyt mocno lub zbyt słabo, murawa może być zbyt mokra lub zbyt sucha, kibice na stadionie mogą być za cicho lub zbyt głośno, wiatr może być zbyt mocny lub za słaby… Zawsze przecież coś się znajdzie! Prawdą jest, że “biednemu zawsze wiatr w oczy”, ale prawdą też, że “trzeba upaść, by się podnieść”. Żałuję, że polscy sportowcy często nie mają w sobie ducha waleczności, że zadowalają się półśrodkami, osiadają na laurach, że wystarcza im często bylejakość, że nie potrafią “zagryźć zębów” i walczyć do ostatniego tchu… Szkoda… Ale mam nadzieję, że przykłądy takie jak Majewski, który właśnie pobił 26- letni rekord kraju Edwarda Sarula w rzucie młotem i to prawie o 30 centymetrów dadza innym do myślenia. POlscy sportowcy, apeluję, bierzcie przykład z takich osób!Warto!!!
(Kinia)



[...] Original post by Kinia [...]