
Wisła Kraków przegrała w rewanżu z Levadią Tallin 0:1 i tym samym sięgnęła futbolowego dna. Wrota do Ligi Mistrzów i europejskich pucharów zatrzasnęły się z wielkim hukiem. Może i dobrze, że nie było nam dane oglądać transmisji z tego meczu w telewizji – kibicowskie serca mogłyby nie wytrzymać tej “Estońskiej masakry piłą… nożną”. Czy to ostateczny koniec “wielkiej Wisły”?
Kompromitacja Wisły zaczęła sie już tydzień temu w Sosnowcu, kiedy “Biała Gwiazda” z wielkim trudem, strzelając bramkę w ostatniej minucie, uratowała remis. Tak naprawdę komromitacja Wisły zaczęła sie już wtedy, gdy żegnała się ona z europejskimi pucharami za sprawą takich “potentatów” jak Vaalerenga Oslo czy Dinamo Tibilisi. I mimo że po pierwszych meczach bywało różnie, to kibice zawsze wierzyli, że w rewanżu Wisła jednak obroni się przed kompromitacją. Niestety, podobnie jak w przeszłości, i tym razem się to nie udało. Porażka z Levadią boli chyba najbardziej, bo jest to kolejna tak wstydliwa klęska, a poza tym, po zmianie przepisów, droga do Ligi Mistrzów wydawała się łatwiejsza niż kiedykolwiek, bo gwarantująca brak rywali na miarę Barcelony czy Realu. Wszystko na nic…
O samym meczu nie będę się rozpisywać, bo cóż tu pisać, kiedy człowiek jest zdany tylko na śledzenie relacji internetowej. Cóż pisać, kiedy Wisła niby atakuje, bramka/i wisza w powietrzu, mamy kilka słupków, a na końcu (w 90. minucie, po błędzie Pawełka) i tak dzieła zniszczenia sprzed tygodnia dopełnia Levadia. Co można napisać, gdy mistrz Polski przegrywa z drużyną założoną w 1998 roku i nazwaną “szumnie” Levadią od nazwiska prezesa Ukraińca, Viktora Lewady? Co można napisać, kiedy na usta cisną się same niecenzuralne słowa?… Chyba tylko: “Uczcijmy tę tragedię minutą ciszy”…
Po tak spektakularnej porażce, pierwsze pytanie, jakie zwykle pada, to: kto zawinił? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednak łatwa, a może inaczej: jest łatwa, ale nieprecyzyjna, bo bez przesady można stwierdzić, że zawinili… wszyscy po kolei. Zawinił trener, który przygotował szczyt formy na sierpień, zakładając, że w początkowej fazie eliminacji do Ligi Mistrzów będzie “lekko, łatwo i przyjemnie”; poza tym ustalił taktykę, która nie przyniosła rezultatu w postaci bramek i zwycięstwa nad znacznie niżej notowanym rywalem. Zawinili “wislacy”, którzy niby strzelali, ale strzelić nie mogli, niby grali, ale nie wygrali; którzy być może podeszli ze zbytnim “luzem” do pierwszego meczu; którzy wreszcie nie potwierdzili swych umiejętności piłkarskich i faktem, zamiast awansu, stał się blamaż. Zawinił Jacek Bednarz, który jest w końcu dyrektorem sportowym, a sprzedając paru zawodników i nie uzupełniając zbytnio ubytków spowodował, że kadra w Wiśle jaka jest, każdy widzi. Zawinił Bogusław Cupiał, gdyż zamiast wyłożyć pieniądze na sensowne transfery, zwłaszcza, gdy drogę do Ligi Mistrzów ułatwiono, wolał “dusić” pieniądze, co zaowocowało ujemnym na razie bilansem transferowym Wisły i problemami kadrowymi. Zawinili wreszcie… kibice, gdyz po raz kolejny głupio dali się nabrać na zapewnienia swych ulubieńców po mistrzostwie Polski, ze tym razem to na pewno uda się awansować do Ligi Mistrzów; znów uwierzyli i znów się srodze zawiedli a ich cierpliwość i kibicowski optymizm “z założenia” już też się chyba wyczerpały.

Najbardziej chyba jednak należy, mimo wszystko, winić piłkarzy i trenera, gdyż nawet przy braku odpowiednich transferów Wisła powinna obecną kadrą pokonać Levadię, która, na Boga, potentatem nie jest, a na dodatek gra w lidze pół- czy ćwierćamatorskiej w końcu! Nie sposób zatem zdjąć ciężaru odpowiedzialności z zawodników i przenieść go na właściciela klubu, Bogusława Cupiała. Skoro mamy z grubsza odpowiedź na pytanie: kto winny, wypadałoby zapytac teraz: co dalej z Wisłą? jaka rysuje się przed nią przyszłość, skoro straciła przynajmniej 1-2 miliony na tak wczesnym odpadnięciu drużyny z rozgrywek a Cupiał ponoć zapowiada wyprzedaż zawodników i sztabu?
Możliwości jest kilka: w Wiśle może nastąpić “czystka” totalna, by jakoś nadrobić stracone pieniądze; grać mogą juniorzy lub młodzi zawodnicy z małym bagażem doświadczenia. W takim wypadku czarnym, acz prawdopodobnym scenariuszem, byłby spadek do 1. ligi. Drugim wyjściem jest zwolnienie bądź podanie się do dymisji trenera Skorży. Na jego miejsce zapewne zatrudniono by Francszka Smudę, który już dwukrotnie pracował w Wiśle i powszechnie wiadomo, że z Cupiałem b ardzo się lubi. “Franz” znany z temperamentu i stanowczości może umiałby postawic na swoim i zmusić Cupiała do zainwestowania w wartościowe transfery. Pytanie tylko, skąd wziąć na to pieniądze, skoro strata z nieobecności w pucharach jest tak dotkliwa. Rozwiąznie trzecie, to utrzymanie status quo lub, co najwyżej, sprzedaż Brożka za granicę. W takim przypadku ostałby się Maciej Skorża, a kibicom znów powtarzana byłaby “stara śpiewka” o tym, że należy się odbudować, walczyć na krajowym podwórku, a za rok znów spróbować sił w boju o Ligę Misztrzów.
Oczywiście wszystkie te przypuszczenia zweryfikują najbliższe dni, trudno więc już teraz wyrokować, co się stanie. Wiem jedno: dziś ja i pewnie wiele osób straciły dużo serca do kibicowania Wiśle w europejskich pucharach. Hasło “wierni po porażce” wydaje się z każdą komromitująca klęską coraz cięższe do wykonania, a słowa Skorży o jego “piłkarskim Waterloo” nie napawają optymizmem. Jednym słowem: frustracja polskiego kibica piłkarskiego osiągneła chyba swój punkt krytyczny. Gorzej być chyba nie może…Chyba nie…?!
(Kinia)


