
W pierwszym meczu II rundy eliminacyjnej Ligi Mistrzów Wisła Kraków po słabej grze zaledwie zremisowała z Levadią Tallin 1:1. Miało być łatwe, rozstrzygające praktycznie rywalizację zwycięstwo. Tymczasem jest pod górkę, gdyż rewanż mistrz Polski zagra w Estonii. A Levadia wcale wczoraj nie wyglądała, jakby miała się poddać.
Mistrz Estonii na własnym krajowym podwórku jest absolutnie najlepszy. Levadia rządzi i dzieli w lidze estońskiej, która – nie oszukujmy się – jest więcej niż słaba. Na 10 drużyn aż 4 ma status zespołów amatorskich. Levadia, która istnieje od roku 1998, zdobyła w ciągu tych 11 lat aż 6 tytułów mistrzowskich, tyle samo razy sięgała po Puchar Estonii i 3 razy po Superpuchar. Nie powinno to robić na nas większego wrażenia, choć trzeba przyznać że klub istniejący zaledwie 11 lat, ma już w swoim dorobku całkiem sporo.
Wczoraj w Sosnowcu Levadia Tallin zagrała przeciwko Wiśle tak, jakby miała przed sobą nie wielokrotnego mistrza Polski, lepszego pod względem piłkarskim i finansowym, ale właśnie jedną z tych amatorskich drużyn, przeciwko którym wystarczy zagrać wysokim pressingiem, by zakończyć mecz rezultatem dwucyfrowym. Rywal wyszedł na murawę bez kompleksów, co z pewnością zaskoczyło piłkarzy Białej Gwiazdy. Agresywna gra na całej szerokości boiska w pełni wystarczyła by Wiślacy zaczęli nerwowo rozgrywać piłkę, popełniając duzo błędów i grając bezmyślną wysoką piłkę pod pole karne przeciwnika.
Wczorajszy remis to przede wszystkim porażka klubu z Krakowa, który jest znacznie większy, bogatszy, a jego tradycje są dłuższe o ponad 90 lat. Wisła jest niewątpliwie lepsza piłkarsko, co od pewnego momentu wczorajszego spotkania było widoczne. Raziła jednak nieskuteczność. W pierwszej części meczu praktycznie niewidoczny był Paweł Brożek, o obecności Tomasa Jirsaka dowiedziałem się dopiero gdy wykonywał rzut rożny, a Radosław Sobolewski, znany z agresywnej i nieustępliwej gry, postanowił chyba ukryć się w cieniu swoich i tak już słabo grających kolegów.
Kapitalnie za to zaprezentował się nowy nabytek Wisły – Słoweniec Andraz Kirm, który dwoił się i troił na lewej pomocy, stwarzając ogromne zagrożenie na połowie Levadii. Niestety, jego podania albo były blokowane, albo nie do końca rozumiał się z partnerami. Po najgroźniejszej akcji Białej Gwiazdy w pierwszej części spotkania, piłka uderzona przez Kirma trafiła w poprzeczkę.

Trener Skorża już przed meczem mówił o swoich problemach w defensywie. Potwierdził to niestety mecz. Kontuzja Singlara wymusiła ustawienie na prawej obronie Wojciecha Łobodzińskiego, który niestety kompletnie sobie z tą pozycją nie radził, popełniając błąd za błędem i tracąc piłkę. W końcu Skorża nie wytrzymał i w przerwie zdjął swojego podopiecznego z boiska.
Problem pojawił się też w środku defensywy, gdzie mało zwrotny Mariusz Jop dał się raz łatwo wymanewrować Andriejevowi, a po chwili Mariusz Pawełek musiał wyciągać piłkę z siatki. Przyznać jednak trzeba że Jop wyjątkowo dobrze radził sobie w komunikacji z kolegami i nie popełniał strasznych błędów.
W drugiej połowie mistrz Polski stwarzał kolejne okazje do strzelenia bramki, już na samym początku Diaz postraszył Martina Kaalmę ale piłka znów nie chciała znaleźć się w siatce – trafił w poprzeczkę. Levadia nastawiła się na kontrataki i po jednym z nich było pod bramką Pawełka bardzo groźnie, na szczęście jednak dla Wiślaków zakończyło się tylko strachem.
Honor polskiej piłki klubowej uratował Piotr Cwielong, który po przerwie pojawił się właśnie w miejsce słabego Łobodzińskiego i w 93 minucie wyrównał wynik spotkania.
Reasumując… Wisła zagrała słaby mecz. Skorża na braki personalne narzeka już od dawna, władze klubu zdają się jednak go nie słyszeć. Zaślepieni sukcesami w lidze zdają się być przekonani o sile własnego zespołu również na arenie międzynarodowej, jednak historia zmagań Wisły Kraków w eliminacjach do Ligi Mistrzów pokazuje, że bez wydawania pieniędzy sukcesu osiągnąć nie można. Wysupłane niedawno euro na Andraza Kirma pokazują najlepiej, że warto.
Nie będę rozpisywał się nad marnością polskiej piłki nożnej przed spotkaniem rewanżowym w Tallinie. Faktem jest, że jeśli Biała Gwiazda odpadnie już w II rundzie eliminacyjnej, stanie się pośmiewiskiem całej Europy Wschodniej. Podobnie, jak cała polska piłka klubowa.
(Majlosz)


