
Kolejny niesamowity mecz za nami i… zanosi się na sensację. Magic wygrywają drugie spotkanie u siebie i od finału dzieli ich zaledwie jeden mecz. Jesteśmy świadkami detronizacji Króla James’a.
Gdy Magic ostatecznie doczołgali się do finału Konferencji Wschodniej po 7-meczowej batalii przeciwko Celtics, wydawało się że wchodzą wprost do paszczy lwa. Cleveland Cavaliers, prowadzeni przez LeBron James’a zmietli w pierwszej rundzie Detroit Pistons 4:0, by w drugiej powtórzyć wyczyn z Atlantą. Cavs przed pierwszym meczem z Magic grali znakomicie – LBJ robił swoje, a obudowani wokół niego zawodnicy świetnie go wspierali. Już mówiono o wielkim finałowym pojedynku LeBrona z Bryantem.
Tymczasem Magic byli skazywani na porażkę. Ciężka seria z 76ers, w której zawodzili kluczowi zawodnicy na pewno odebrała im nieco pewności siebie. Tą jednak odbudowali w meczach przeciwko Celtom, choć i tutaj podopieczni Stana van Gundy’ego stracili mnóstwo sił, wygrywając serię dopiero w meczu numer 7. Kibice z Orlando ujrzeli światełko nadziei. Grający do tej pory najgorsze mecze w tym sezonie Hedo Turkoglu nareszcie zaczął się rozkręcać, podobnie jak Rashard Lewis. Bo ileż można liczyć na pierwszoroczniaka, który ciągnął zespół, zwłaszcza przeciwko Philadelphii.
No, ale rozkręcający się koszykarze Magic wciąż jednak byli dla nadczłowieka z Cleveland jedynie zwierzyną do upolowania.

Tymczasem po meczu numer 4 jedną nogą w finale są właśnie Magic. Dzisiejszy mecz, podobnie jak wcześniejsze, był bardzo zacięty. I podobnie jak w meczach poprzednich, LBJ był osamotniony. Mo Williams, który miał być dla James’a największym wsparciem rzuca ledwie 18 punktów, przy fatalnej skuteczności (5/15). Szczerbiak, który w sezonie zasadniczym wchodząc z ławki potrafił rzucić bardzo ważne 3 punkty, w tym meczu nie istniał (1/4, 2 punkty).

A Orlando im więcej czuje krwi Cavs, tym gra lepiej. Alston – 26 punktów. Howard – 27. Lewis – kluczowe rzuty za 3 punkty, świetne zmiany Pietrusa. W takiej sytuacji Howard nie jest osamotnionym liderem. Jest po prostu kolejnym elementem świetnej układanki.
Cavs chyba zbyt szybko uwierzyli w swoją siłę. Dwie serie, bez straty meczu – to spowodowało zbyt dużą pewność siebie. No i spora przerwa od meczów. Orlando w finał Konferencji wpadła wręcz prosto z Bostonu, Cavs chyba trochę się zasiedzieli.
Kolejny mecz jutro, ale warto pamiętać, że tylko 5% serii w historii finałów wygrywały drużyny, które po 4 meczach przegrywały serię 1:3. Zdarzyło się to zaledwie 8 razy na 190.

Warto też pamiętać, że w Cavs gra LeBron James. I nawet gdy musi grać sam, potrafi wygrywać.


