
Tradycyjnie już Robert Kubica nie zdobył w Melbourne nawet punktu. “Już był w ogródku, już witał się z gąską…”. Nic z tego: zaryzykował i zamiast trzeciego miejsca, nie dojechał do mety. Gdy emocje już trochę opadły, można na spokojnie ocenić, czy atak Polaka na wygraną w wyścigu był przemyślany i miał prawo bytu, czy raczej była to “ułańska fantazja”…
W poprzednim artykule pisałam o pomyśle Berniego Ecclestone’a, mianowicie wprowadzeniu zasady: “zwycięzca bierze wszystko” (czyli mistrzostwo w tym przypadku). Krytykowałam ów pomysł, argumentując, że nie tylko zwycięstwa, ale i dalsze miejsca sie liczą. Robert Kubica zadał w pewien sposób jednak kłam tej teorii, bowiem zamiast “spokojnie” dojechać do mety na miejscu trzecim, zaryzykował, walcząc o palmę pierwszeństwa i… nie ukończył wyścigu w ogóle. Tym samym pokazał, że nie interesują go dalsze miejsca i gdy jest szansa na walkę o zwycięstwo, na pewno nie odpuści. Wcale jednak nie uważam by było to argumentem za wprowadzeniem nowego sposobu liczenia punktów; ot, stwierdzenie faktu.
Widząc, że Vettel jedzie wolniej, Kubica zdecydował się na szarżę, która niestety na skutek błędu Niemca (do którego sam się zresztą przyznał), okazała się końcem wyścigu dla Polaka (dla Vettela róznież). Polacy, jak to Polacy, przechodzą ze skrajności w skrajność, dlatego i tym razem opinie były diametralnie różne: od nazwania tego, co się stało, głupotą, bezmyslnością, a samego Kubicę beznadziejnym kierowcą, który wkrótce już nie będzie czego miał szukać w F1 aż po opinie, świadczące o aprobacie, a wręcz uwielbieniu dla wszelakich działań Roberta. Myślę, że warto stwierdzic po prostu kilka faktów, które mogą okazać się pomocne w “dojściu do prawdy”.

1. Kubica rzeczywiście był, od kilku okrążeń wcześniej, szybszy od jadących przed nim Vettela i Buttona, stąd wyprzedzanie tego pierwszego było dość uzasadnione.
2. Co wiadomo nie od dziś, Robert nie jest typem, który woli bezpiecznie dowieźć do mety trzecie miejsce; jest “fighterem” (jakby to ujął Marek Jóźwik) i niczym drapieżnik, gdy poczuje ofiarę, nie spocznie, póki jej nie dostanie, tak Kubica czyhał na pierwsze miejsce.
3. Robert, jak sądzę (mimo że nie znam go osobiście) nie jest zarozumiałym bufonem, jest kierowcą pewnym siebie, świadomym własnej wartości i tego, co może osiągnąć, a właśnie takie cech ypredestynują do sukcesów w F1.
4. Jeśli ryzykujesz możesz przegrać, ale możesz tez wygrać wszystko; gdy nie ryzykujesz, prawdopodobieństwo wygranej spada prawie do zera.
5. (może najważniejsze) Wszyscy “specjaliści od siedmiu boleści”, wylewający po wyścigu pomyje na głowę Roberta za bezmyslność, powinni usiąść i odpowiedzieć sobie na pytanie: jak długo interesują sie F1? jak dobrze znają się na F1? czy lepiej niż sam Kubica? Wiem jedno: tacy “specjaliści” i “pseudo”- kibice (nie mylić z tymi futbolowymi!) wiecznie będą niezadowoleni: gdyby Kubica miał 3. miejsce, marudziliby, czemu nie wygrana, gdy ma zero, bo zaryzykował, woleliby zachowawczą jazdę. Rada dla nich jest jedna: prorokami nie jesteśmy i nie bedziemy, dajmy się więc Kubicy wykazać na przestrzeni całego sezonu, a nie próbujmy już teraz być jajkiem mądrzejszym od kury.
6. Jakby na ten problem nie patrzeć, brawurowa jazda Kubicy na pewno dostarcza więcej emocji niż sposób: “wystartuj-przejedź-dojedź”.
Póki co, take it easy!!! Dajmy Robertowi zrobić to “po swojemu”…
(Kinia)


