Lech Poznań przegrał w swoim drugim meczu grupowym PUEFA z CSKA Moskwa 1:2. Znów przyszło nam zastanawiać się, dlaczego los zawsze to Polaków doświadcza tak ciężko, że mimo wielkiego serca do piłki nożnej, przeważnie przychodzi nam oglądać porażki polskich drużyn. Nie znam chyba drugiego tak nielogicznego i zadziwiającego narodu… Mimo że przegraliśmy ( a była szansa co najmniej na remis) to za tydzień znów pewnie pełni nadziei zasiądziemy przed szklanym ekranem.
Właściwie to trudno nawet rozpisywać się jakoś długo nad meczem Lecha z CSKA. Dlaczego? Można by oczywiście analizować minuta po minucie zdarzenia boiskowe i potem wyciągnąć “wnioski”… Tylko właściwie po co i w jakim celu? Niełatwo bowiem “na chłodno” analizować, gdy w człowieku po raz kolejny się “gotuje” i po raz kolejny brak straconej szansy. Tak naprawdę bowiem Lech mógł spokojnie zremisować… Pewnie, niektórzy powiedzą: CSKA to bardzo dobry zespół, Rosja to trudny teren na mecz wyjazdowy, poza tym momentami Lech grał jak równy z równym a przecież CSKA ma w swym zespole gwiazdy, jakich Lech na pewno na razie nie ma… Tak można wymieniać i wymieniać, dodając kolejne argumenty i dobudowując teorie, dlaczego znów się nie udało. Ale mysle, że każdy, nie tylko ja, jest już zmęczony tym ciągłym zastanawianiem się, dlaczego, mimo że z pozoru blisko, w rzeczywistości było tak daleko.
Mecz składał się jakby z kilku części: początkowo CSKA miało dużą przewagę, ale już po nizbyt długiej chwili wydawało się, że Lech rozegrał się i wszedl w spotkanie. Przyjemnie oglądało się poczynania poznaniaków tym bardziej, że w tym okresie gry naprawdę CSKA mało mało do powiedzenia. Mój kolega stwierdził nawet, że CSKA nie jest takie straszne, jak o tym opowiadano przed meczem i można spokojnie powalczyć. Niestety parę minut później Rosjanie skutecznie zaczęli pozbawiać nas złudzeń… Najpierw padł gol nr 1 po głupim (a jakże) błędzie obrońców, a na dokładkę zaserwowano nam gola nr 2, i to w doliczonym czasie gry pierwszej połowy. Wtedy pomyślałąm, że właściwie to chyba wolałabym pójść do domu, niż dalej denerwować się z innymi w knajpie, oglądając tą degrengoladę.
Zgodnie jednak z zasadą, że trzeba walczyć do końca, zostałam. Początkowo druga połowa zapowiadała pogrom, a kolejne gole dla CSKA zdawały się kwestią czasu. Żeby nie przesadzić, momentami poczynania Lecha można nawet przyrównać było do obrony Częstochowy. Mało tego! Myśłałam, że Lech wyjdzie na drugą połowę zmotywowany po ostrych słowach, jakich na pewno nie szczędził ich popularny”Franz” (Smuda znany jest przecież ze swojego niewyparzonego języka). Tymczasem nie widziałam w graczach ani odropiny zapału, determinacji; wydawało się, że właściwie wszystko im jedno, jaki będzie wynik i nie wierzą w ogóle w możliwość osiągnięcia choćby remisu.
Całe szczęście przytrafił się rzut wolny blisko pola karnego za faul ze strony CSKA, a Stilić tak wspaniale podkręcił piłkę, że ta wpadła prosto do siatki, muśnięta tylko przez bramkarza. Dopiero wtedy gra Lecha odmieniła się i mogliśmy zobaczyć “Kolejorza” takiego, jakiego lubimy, tzn. walczącego “na maksa”. Ostatnie 15 minut było dla nas niejakim pocieszeniem i remis naprawdę był na wyciągniecie ręki, a nawet i wygrana. Niestety kilka zmarnowanych okazji, szczególnie niemal stuprocentowa już w doliczonym czasie gry spowodowało, że Lech przegrał to spotkanie, a my znów musieliśmy się wściekać. Lech za późno zabrał się do roboty, jakby dopiero bo bramce na 1:2 uwierzył, że z CSKA można coś zdziałać.
Cóż, porażka boli, ale trzeba się otrzasnąć, bowiem już w przyszły czwartek Lech gra u siebie z Deportivo i chcąc awansował dalej i przede wszytskim nie zawieść kibiców trzeba ten mecz po prostu wygrać, a potem postarać się o dobry wynik na wyjeździe z Feyenoordem (który na razie ma 0 punktów)… Trzeba awansować z grupy! Trzeba pokazać, że Polacy nie są nieudacznikami i że nie tylko kochają piłkę, ale równieź potrafią w nią grać!
(Kinia)




