Ponad dwadzieścia lat trwa już przygoda Andrew z boksem i o dziwo ani on, ani publiczność nie wydają się być zmęczeni ani dyscypliną, ani samym faktem długiego stażu, ani sobą nawzajem. Ludzie nadal chcą oglądać Gołotę, a Gołota nadal chce walczyć – dla siebie i dla nich. Walczy, bo to kocha i kochał będzie bez względu na przeszkody, zakręty, trudności i chwile zwątpienia, jakie towarzyszą jego karierze.
<!–[if gte mso 9]> Normal 0 21 false false false MicrosoftInternetExplorer4 <![endif]–><!–[if gte mso 9]> <![endif]–>
Co takiego ma w sobie Gołota, że ludzie wciąż chcą go oglądać? Owszem, to bardzo dobry bokser (szczególnie, jeśli chodzi o stronę techniczną), ale też bokser, który przegrał już parę, jeśli nie parenaście dobrych szans, by stać się „kimś”, by stać się mistrzem świata. Walczył nieczysto (czy jak kto woli, dosadniej „bił po jajach”), uciekł z ringu, odmawiał dalszej walki… Mimo to na jego pojedynkach hala zawsze jest pełna, a doping zawsze głośny. W czym zatem tkwi fenomen Gołoty i jego, bądź co bądź, „american dream”, który również zaczął się przypadkowo (ucieczka do Stanów w celu uniknięcia odpowiedzialności karnej)?
Andrzej Gołota zaczął, jak to zwykle bywa od boksu amatorskiego, w którym odnosił wiele sukcesów, ale najpoważniejszym osiągnięciem, które sprawiło, że stało się o nim głośno, było zdobycie brązowego medalu na olimpiadzie w Seulu w 1988 roku. W 1990 roku Gołota uciekł przed wymiarem sprawiedliwości do Stanów i tam, dwa lata później rozpoczął karierę zawodową, pokonując w pierwszym pojedynku Roosvelta Szulera. W tym samym roku wygrał siedem kolejnych walk. Gołota bił się dobrze, większość walk wygrywał przed czasem przez nokaut, nic więc dziwnego, że zaczęto go nazywać „wielką nadzieją białych” (wśród bokserów dominowali czarnoskórzy).
Pierwsze kłopoty Gołoty rozpoczęły się w 1996 roku, od walki z Danellem Nicholsonem, którego zresztą znokautował, ale w sposób nieczysty (uderzenie głową). Od tego momentu ciągnęła się za nim opinia boksera, który zwykł walczyć nieczysto. Znalazło to zresztą potwierdzenie w następnych walkach. Kolejną „ofiarą” słynnych ciosów Gołoty poniżej pasa był dwukrotnie Riddick Bowe w 1996 roku. Z jednej strony Andrew był coraz bardziej potępiany za kolejne nieprzepisowe walki, z drugiej strony, mimo wszystko, pokazał się z bardzo dobrej strony, gdyż z tak dobrym bokserem jak Bowe, dwukrotnie prowadził na punkty u sędziów w momencie przerwania walki. Była to pierwsza wielka okazja na zdobycie tytułu mistrza świata, dlatego tym bardziej żal straconej szansy.
Rok później Gołota znów walczył o tytuł, ale niestety Lennox Lewis znokautował go już w pierwszej rundzie. Ponieważ jednak następnych sześć walk było zwycięskich (w tym z bardzo dobrym pięściarzem, Timem Witherspoonem) Gołota walczył w pojedynku eliminacyjnym WBC z Michaelem Grantem. Wszystko szło pięknie do dziesiątej rundy, kiedy to, po knockdownie Polak zrezygnował z dalszej walki. I znów szkoda było straconej szansy, bo to Gołota najpierw posyłał rywala na deski i prowadził na punkty u sędziów.
Najbardziej pamiętna walka to jednak zdecydowanie ta z 2000 roku z Mikiem Tysonem. Nie wiadomo właściwie po co było walczyć z bokserem, który z racji swej agresji nazywany jest „Bestią”, któremu nieobce są pobyty w więzieniu, a nawet… odgryzienie kawałka ucha rywalowi! Później mówiło się, że Gołota zgodził się na ten pojedynek pod wpływem nacisków menedżera. Walka ta nie była dobrym pomysłem: w pierwszej rundzie Gołota był liczony, a po drugiej, w trosce o własne bezpieczeństwo, eufemizując, udał się do szatni, czyli jak wolą inni zwiał z ringu, po drodze „łapiąc: kilka pomidorów na twarz. Takie zachowanie spotkało się z brakiem zrozumienia u wielu kibiców i Gołota stracił u wielu z nich szacunek, a także stał się na długi czas obiektem kpin i pośmiewiskiem. Walka z Tysonem kryje w sobie wiele niewyjaśnionych okoliczności, została nawet uznana za nieodbytą z powodu znalezienia w organizmie „Żelaznego Mike’a” zabronionych substancji; pojawiły się też pogłoski, że Gołota nie był wtedy zdolny do walki, że ktoś podał mu jakiś środek „otępiający”. Tak, czy siak, pewnie nigdy nie dowiemy się do końca prawdy, niemniej jednak kariera Gołoty wydawała się definitywnie zakończona.
Gołota jednak tak łatwo się nie poddał. Wrócił do boksu w 2003 roku, odnosząc kilka zwycięstw. W 2004 roku znów walczył o mistrzostwo świata z Chrisem Byrdem, jednak z powodu remisu (zdaniem wielu niesprawiedliwego), pas pozostał w rękach Amerykanina. Sędziowie byli Amerykanami, pojedynek odbył w Ameryce, dlatego nic dziwnego, że pojawiły się podejrzenia o stronniczość sędziów. W tym samym roku Gołota walczył też o tytuł mistrzowski z Johnem Ruizem. Walka niestety także nie zwycięska… Gołota przegrał jednogłośnie na pukty. W 2005 Polak znów się nie popisał: stał się „bohaterem” najszybszej przegranej w historii. W pojedynku o pas WBO z Lamonem Brewsterem padł na deski już w 53 sekundzie! Niektórzy amatorzy boksu nie zdążyli się jeszcze dobrze obudzić, a Gołota już zakończył walkę.
Znów wielu ogłaszało koniec Andrew. Ale i tym razem nie była to prawda. Do boksu wrócił Gołota w 2007 roku pokonując na ringu w Katowicach (!!!) przez techniczny nokaut Jeremiego Batesa. Później, już w USA zwyciężył też Kevina McBride’a i Mike’a Mollo. Znów zbliżała się walka o tytuł. W Chinach, wygrywając z Rayem Austinem, miał otworzyć sobie drogę do kolejnej walki o mistrzostwo, tym razem z Nikołajem Wałujewem. Niestety, znów nie było happy-endu. W 3 sekundzie Gołota leżał już na deskach. Co prawda podniósł się bardzo szybko, ale z powodu kontuzji lewego ramienia zdołał dotrwać tylko do końca pierwszej rundy i przegrana przez KO stała się faktem. Ręka po tym pojedynku wyglądała fatalnie i na dobrą sprawę nadal nie wiadomo, jak poważna jest ta kontuzja i jakiej przerwy wymaga. Taka sytuacja to tylko woda na młyn dla krytyków Gołoty, którzy wieszczą po raz kolejny definitywny koniec Andrzeja Gołoty i po raz setny zadają pytanie: po co on jeszcze walczy?
No właśnie: po co? Kasy ma podobno jak lodu, adrenalinę można poczuć też w inny sposób, choćby jeżdżąc na nartach (które notabene Gołota też bardzo lubi), rodzina i przyjaciele mówią mu: skończ z tym, stary… A on wciąż walczy! Może po prostu to kocha? Może ciężko mu raz na zawsze odejść od boksowania i powiedzieć: ok., mój czas minął, rzucam to w diabły! A może robi to z przekory? By udowodnić innym, że jest jeszcze w stanie walczyć o tytuł i w końcu go zdobyć, pokazując niedowiarkom, że faktycznie może i potrafi tego dokonać?! To wie chyba tylko on sam…
Na koniec spojrzenie nieco osobiste na Gołotę: nie wiem dokładnie dlaczego, ale darzę Gołotę pewnego rodzaju sentymentem, sympatią. Nadal pamiętam jak, będąc jeszcze mała, słuchałam przez radio nocnych transmisji zza Atlantyku i mocno przeżywałam, gdy Andrew po raz kolejny nie wytrzymał psychicznie i uderzał poniżej pasa. Nie towarzyszyło mi jednak uczucie gniewu czy kompletnego zawodu, raczej poczucie po raz kolejny straconej szansy. Podobnie po ucieczce Gołoty z ringu… Nie byłam osobą, która z niego szydziła, Dwiną, wyśmiewała, raczej starałam się zrozumieć powody jego decyzji. A Gołotę zrozumieć niełatwo! Ludzie, którzy znają go bliżej mówią, że to bardzo wrażliwy i mądry facet, który pozostawia po sobie zupełnie inne wrażenie niż na pierwszy rzut oka. Kocha boks i jest w stanie ponieść wiele wyrzeczeń, ale równocześnie nie za cenę trwałego uszczerbku na zdrowiu, bo liczy się dla niego także, a może przede wszystkim rodzina. Gołota to bokser o świetnej technice, ale równocześnie człowiek o mocno skomplikowanej psychice. Może właśnie to, że w ringu za dużo myśli, a nie jest tylko zabijaką, nie pozwalało mu dotychczas na sięgnięcie po tytuł mistrza świata. Zobaczymy, co będzie dalej, bowiem w planach jest rewanż z Austinem i/lub walka z Adamkiem. Nie wiem jak i kiedy Gołota zakończy swoją karierę (a może i już zakończył), ale jednego jestem pewna: kibice, a w tym ja, będą tęsknić do sławetnego zawołania: ‘Let’s get ready to rumble! Andreeeew Goooooolota!’
(Kinia)






