Hiszpan Rafael Nadal nie pozwolił Rogerowi Federerowi na rekord sześciu wygranych finałów Wimbledonu z rzędu. Rafa po 5- godzinnym maratonie zdetronizował “mistrza trawy” i został pierwszym tenisistą od czasów Bjorna Borga, który wygrał w jednym sezonie I French Open, i Wimbledon. Czy zatem to koniec triumfów Federera a pałeczkę po “czarodzieju z Bazylei” przejmie “byk z Majorki”?
Już przed finałem, ba, nawet przed rozpoczęciem Wimbledonu jedno było pewne prawie na sto procent: w finale zmierzą sie nr jeden i dwa światowego tenisa, czyli Szwajcar Roger Federer i Hiszpan Rafael Nadal. Pewne było też, że emocji nie zabraknie: z jednej strony Federer chciał wygrac po raz szósty z rzędu na wimbledońskiej trawie, z drugiej strony Hiszpan chciał wreszcie zdobyć pierwszy tytuł na trawie tym bardziej, że w ubiegłym roku, w pięciosetowym finale z Federerem, był już naprawde blisko. Fachowcy podkreślali, że Rafa poczynił niezwykłe postępy na trawie i nie jest już tylko specjalistą od “czerwonej mączki”, ale groźnym na każdej nawierzchni rywalem.
Osobiście kibicowałam Nadalowi. Dlaczego? Myślę, że tytuł jak najbardziej mu się należał. Przede wszystkim za ciężką pracę, którą wykonał na przestrzeni kilku ostatnich lat. Na początku nie było łatwo udowodnić niektórym, że hiszpański tenisista nie musi być tylko dobrym “rzeźbiarzem” na mączce, ale i potrafi “ugryźć” wimbledońską trawę. Poza tym Rafa jest skromny, sympatyczny i naprawdę ciężko pracuje na swoje wyniki. Prawie wszyscy zachwycają się Federerem, określając go mianem “czarodzieja” czy “geniusza” z Bazylei i tytułując najlepszym tenisistą w historii. Ja wstrzymałabym się z tak daleko idącymi opiniami. Oceniać w pełni obiektywnie jego dokonania będziemy mogli po zakończeniu kariery.
Nie przeczę, że Roger osiągnął juz bardzo wiele (12 tytułów wielkoszlemowych na koncie) i pobił wiele rekordów, ale oprócz niezaprzeczalnego talentu złożyło sie na to tez kilka czynników, m.in. paraliżujący strach, który dopadał rywali, gdy stawali naprzeciw mistrza, a zarazem jego “zabójcza” pewność siebie. Właśnie z powodu tej nadmiernej w moim mniemaniu pewności siebie nie darzę Szwajcara szczególną sympatią. Jego lekceważące niekiedy wypowiedzi o Agassim, bagatelizowanie swych porażek i kładzenie ich na karb przypadku czy swej nieco gorszej dyspozycji, niedocenianie klasy rywala… to wszystko spowodowało, że, choć świadoma rangi osiągnięć Federera, zawsze będę go uważać za “nadętego bufona”.
Jest jednak jeden rywal, którego Roger Fererer ewidentnie się boi- to właśnie nasz bohater, Rafael Nadal. Pokazał to finał tegorocznego French Open, przed którym Szwajcar odgrażał się, że w tym roku na pewno go wygra, a przypominam, poległ w trzech, niezbyt zaciętych setach; pokazał to też finał Wimbledonu, który Fededer miał wygrał po raz szósty z rzędu, a tym samym pobić rekord Borga pięciu zwycięstw z rzędu. I tym razem musiał schylić czoła przed Nadalem, mimo że, dzięki przerwie z powodu opadów deszczu, “powrócił z dalekiej podróży” po dwóch przegranych setach i wyrównał stan rywalizacji na 2:2 (4:6, 4:6, 7:6, 7:6). Kiedy zatem wydawało mu się, że ma już Hiszpana w garści, tamten, jak gdyby nigdy nic, znów utarł nosa mistrzowi, wygrywając ostatniego seta 9:7. Federer po tym spotkaniu z marsową miną powiedział: To moja najgorsza porażka w karierze. Przegrał przecież pierwsze spotkanie na trawie od 2002 roku!!! Trzeba jednak przyznać: przegrał z zawodnikiem w tym dniu po prostu lepszym!
Tu warto zobaczyć wspaniałe fragmenty tego porywającego finału:
Jaka więc przyszłość czeka męski tenis? Czy hegemonia Federera właśnie się skończyła? Czy Nadal jest w stanie wygrać też Australian Open i US Open w najbliższym czasie i pokazać, że jest graczem kompletnym? Myślę, że jeśli kontuzje przeciążeniowe nie będą u Hiszpana zbyt częste, ma on szansę dogonic i prześcignąć Federera w rankingu Entry System (na razie prowadzi tylko w “Champions race”), na pewno jednak nie będzie to proste: duma Szwajcara została mocno podrażniona i niewątpliwie w najbliższym czasie będzie chciał się “odkuć”, zobaczymy z jakim efektem. Przewidywać coś w tej kwestii jest niesłychanie trudno, natomiast pewne jest, że kolejne finały z udziałem tych dwóch graczy na pewno jeszcze nieraz dostarczą takich emocji, jak ten zakończonego właśnie Wimbledonu (przez niektórych uznany za najlepszy finał w historii). Pamiętać też należy, że za plecami tej dwójki czai się Novak Djokovic, który akurat z Wimbledonu odpadł wcześnie, ale ma na swym koncie już wygraną w Australian Open i na pewno też tanio skóry nie sprzeda. Póki co jednak, do US Open, a przynajmniej do igrzysk w Pekinie mamy nowego króla – to król Rafa!
(Kinia)






Na razie chyba to jeszcze niemożliwe, żeby go prześcignął. Ale ma potencjał, kiedyś na trawie Rafa był cieniutki a teraz wygrał Wimbledon. Na pewno czeka nas jeszcze parę pojedynków a’la Sampras-Agassi. Fajne czasy dla tenisa – znowu jest niepewność kto coś wygra, bo Federer już nie jest 100% pewniakiem.
PS. Pozdrawiam i zapraszam na http://toiowonasportowo.blox.pl – tam również o tenisie.