Niemoc wreszcie została przerwana!!! Hiszpania, grająca zawsze “jak nigdy”, a przegrywająca “jak zawsze” tym razem wyjeżdża z Austrii zwycięska. Puchar Euro 2008 po wygranej 1:0 z Niemcami w finale, powędrował do podopiecznych Luisa Aragonesa i, co najważniejsze, powędrował jak najbardziej zasłużenie.
Bilans drużyny Hiszpanii mówi sam za siebie: wszystkie mecze już od fazy grupowej – wygrane, bilans bramkowy 12:3, tytuł najlepszego strzelca dla Davida Villi (który niestety nie mógł zagrać w finale z powodu kontuzji)… czego chcieć więcej??? Hiszpanie zaimponowali przede wszystkim tym, że potrafili przełamać dopadającą ich zwykle w wielkich turniejach niemoc, grali ofensywnie, widowiskowo i skutecznie i w finałowym rozstrzygnięciu potrafili pokonać Niemców, z którymi w takich wypadkach gra się bardzo ciężko. Wreszcie nie sprawdziło się powiedzenie, że “… na końcu i tak wygrywają Niemcy”. Nic dziwnego, że po meczu wszyscy, nawet Niemcy (sic!) podkreślali, że puchar po prostu się Hiszpanii należał. Teraz to wiemy, ale kto tak naprawdę przed turniejem stawiał na Hiszpanów? Niby jak zawsze byli wymieniani w gronie faworytów, ale chyba bardziej na zasadzie: ok, mają dobrych piłkarzy, wiadomo, więc powinni coś osiągnąć… Ileż jednak razy takie myślenie okazało się zgubne?!
Przyjrzyjmy się choćby ostatnim występom Hiszpanów na Euro: w 1992 – nie zakwalifikowali się, w 1996 i 2000 byli w ćwierćfinale, w 2004 faza grupowa… Doprawdy, jak na drużynę o takich możliwościach, to wyniki naprawdę niezadowalające. W mistrzostwach świata też Hiszpanom nie szło zachwycająco: 1990 – 1/8 finału, 1994 ćwierćfinał, 1998: runda grupowa, 2002: ćwierćfinał, 2006: 1/8 finału. Chyba już wszyscy przyzwyczailiśmy się do smutnych min Hiszpanów, przedwcześnie opuszczających prawie każdy turniej. Dość powiedzieć, że od 1964 roku, kiedy Hiszpanie zwyciężyli w finale mistrzostw Europy, ich największym sukcesem był… przegrany finał Euro 1984.
Po meczu widać było szaloną radość Hiszpanów i chyba jednocześnie ulgę, że wreszcie udało się wygrać coś na arenie międzynarodowej, a tym samym udowodnić swoją wartość i spełnić wieloletnie oczekiwania kibiców, którzy łatwego życia ze swymi idolami nie mieli… Fiesta w Hiszpanii będzie chyba trwała naprawdę długo…
Ale wracając do meritum i samego Euro 2008 mieliśmy właściwie podział na dwie grupy zespołów, które mogą osiągnąć sukces. Niektórzy stawiali przed turniejem na “sprawdzone firmy” tzn.: Włochów, Portugalczyków, Niemców, Holendrów (zwłaszcza po pierwszych meczach), inni na “czarnych koni” typu: Rosja, Chorwacja itp. Okazuje się, że pomylili się i jedni, i drudzy. Hiszpanię bowiem można jednocześnie zaliczyć, jak by nie było, do faworytów, ale tak właściwie, koniec końców, okazała się raczej czarnym koniem (kto tak naprawdę widział oczyma wyobraźni Ikera Casillasa, dzierżącego dumnie puchar?!). Jak więc doszło do tego niespodziewanego triumfu?
Najpierw była wysoka wygrana z Rosją w pierwszym meczu grupowym – 4:1, potem zwycięstwa w stosunku 2:1 zarówno ze Szwecją, jak i z Grecją. Wydawało się, że po ćwierćfinale przeciwko Włochom Hiszpania jak zwykle wróci z dużej imprezy przedwcześnie do domu. Tymczasem po remisie 0:0 Hiszpania pokonała talię w karnych i przeszła do półfinału, co traktowano już jako niespodziankę, przede wszystkim dlatego, że gracze z Półwyspu Iberyjskiego niejednokrotnie odpadali z różnych imprez właśnie po rzutach karnych. Tym razem okazali się bezwzględnie skutecznymi egzekutorami. Myślę, że właśnie ten ćwierćfinał, który już niejako przełamał złą passę okazał się kluczem do zwycięstwa w całym turnieju. Hiszpanie wreszcie uwierzyli w siebie i niesamowicie podbudowani przystąpili do pófinału z rewelacją Euro 2008, Rosją. Zwyciężyli, a właściwie “rozjechali” zespół Guusa Hiddinka aż 3:0 grając, zwłaszcza w drugiej połowie, koncertowo. Wreszcie nadszedł czas na finał z NIemcami, którego wszyscy się obawiali. Jak bowiem pokonać tę piekielną, niemiecką machinę, która potrafi wygrać nawet w ostatnich minutach i awansować często niezasłużenie? (jak w półfinale z Turcją, kiedy Niemcy mieli zaledwie 4 strzały na bramkę naprzeciw 22 Turków?)
Jednak sprawiedliwości, jeśli można tak powiedzieć, stało się zadość i Hiszpanie po 44 latach wznieśli trofeum za wygranie mistrzostw Starego Kontynentu. Myślę, że większość zgodzi się z tym, że puchar trafił do właściwych rąk i po prostu należał się Hiszpanom. Finał, szczególnie momentami, może nie był porywającym widowiskiem, ale tak przecież często się dzieje, że najlepszy mecz to wcale nie mecz finałowy. Zresztą to, że nie był najlepszy nie znaczy, że nie był emocjonujący. W meczu było bardzo dużo walki, co zresztą jest zrozumiałe z racji rangi spotkania, ale mogliśmy też oglądać świetne akcje, szczególnie HIszpanów. Po początkowym naporze NIemców, Hiszpanie wzięli się ostro do roboty, czego dowodem był gol Torresa, który już wcześniej “wisiał w powietrzu”. Potem Hiszpanie stworzyli jeszcze mnóstwo sytuacji, niestety albo nie potrafili wykończyć akcji, albo przerywali je Niemcy, albo po prostu przestrzelali. Niemcy też mieli swoje okazje, ale to Hiszpanie byli zespołem atakującym przez większość spotkania. Mimo tego nerwy były niesamowite, bo wiadomo nie od dziś, że Niemcy są specjalistami “końcówek” meczów. Tym razem jednak nic nie wkórali, a sprawiedliwości stało się zadość. Mogliśmy zaśpiewać: Viva Espania!!!
To, co pozostanie mi w pamięci po tym finale, to na pewno bezradność Niemców, którzy często uciekali się do fauli, nie mogąc poradzić sobie z hiszpańskimi graczami (czego sędzia niestety nieraz nie widział, bądź widzieć nie chciał), bezradność Lehmana, dla którego nie był to najlepszy występ (duża niepewnośc ruchów, zbyt dalekie wychodzenie z bramki…), świetne akcje Hiszpanów (Torresa, Ramosa), szkoda, że nie zwieńczone golami i szalona radość zwycięzców, szczególnie Ikera Casillasa po końcowym gwizdku, a zwłaszcza w momencie wręczenia pucharu. I czyż wszystko nie zakończyło się jak w bajce? Pechowi Hiszpanie, którzy tyle razy dostawali “po nosie” wreszcie odgryźli się, zwyciężyli silnego przeciwnika i wreszcie udowodnili niedowiarkom i sobie, że jeśli konsekwentnie do czegoś się dąży, w końcu musi to przynieść rezultat.
Oby Hiszpania rozpoczęła tym zwycięstwem nowy trend, a mianowicie dobrą i skuteczną grę w rozgrywkach czy to mistrzostw świata czy Europy. W końcu tyle lat czekali na sukcesy, że na pewno nie nasycą się tym jednym tytułem. Zobaczymy też, jak będzie wyglądała reprezentacja pod kierownictwem Vincente del Bosque, który zastąpi rezygnującego Luisa Aragonesa. Jedno jest pewne: znając go np. z prowadzenia Realu Madryt można być pewnym jednego: Hiszpania będzie dalej grała porywający futbol!
(Kinia)






