Były emocje, były bramki, byli wielcy przegrani i jeszcze więksi zwycięzcy. Były przepychanki, kartki, skurcze mięśni i walka o każdą piłkę. Wreszcie, były łzy smutku i łzy radości. Za nami finał Ligi Mistrzów, najpiękniejszych rozgrywek klubowego futbolu na świecie.
Zaiste finał był to piękny pod każdym względem. Byliśmy świadkami wszystkiego, czego nawet najbardziej wymagający kibic od takiego meczu może wymagać. Podsumujmy:
Fantastyczna wymiana piłki na linii Scholes – Brown, wreszcie dośrodkowanie tego drugiego wprost na głowę zawodnika, którego gol miał znaczenie o wiele większe niż tylko objęcie prowadzenia. Ale o tym nieco dalej.
Od momentu zdobycia bramki, Manchester przyspiesza i atakuje w niesamowitym stylu, jak choćby crossowe podanie Rooneya przez całe boisko wprost na nogę Cristiano Ronaldo, który dośrodkowuje na głowę Teveza, ten jednak nie potrafi pokonać Petra Cecha. Golkiper Chelsea ma swoje 5 minut, broni dwa arcygroźne uderzenia w wielkim stylu.
Kolejny wielki moment ma miejsce w 40 minucie meczu. Po rykoszecie do piłki dobiega Frank Lampard i umieszcza futbolówkę w siatce, patrząc w niebo wznosi do góry ręce i – tu być może nadinterpretacja autora tekstu, choć jakże wymowne było to spojrzenie Lamparda – dedykuje w myślach gola zmarłej niedawno matce, Pat. Jakże cudowny był to moment dla zdruzgotanego psychicznie w ostatnim czasie pomocnika Chelsea!
Przerwa. Avram Grant na nowo ustawia swój zespół. W szatni Manchesteru fruwają buty, a większość piłkarzy jest świadkami najmocniejszych “suszarek” odkąd przybyli na Old Trafford (choć i tutaj posiłkuję się jedynie domysłami, nie zaś rzetelnymi, dziennikarskimi faktami – przyp. autora).
W drugiej połowie atakują The Blues. Osamotniony do tej pory Drogba nareszcie czuje wsparcie kolegów i po świetnej akcji trafia w słupek. Chelsea ma sporą przeagę, Manchester prezentuje kunszt i zgranie w defensywie, lecz nie może wyjść z własnej połowy.
Końcówka meczu, Paul Scholes, cały opuchnięty i zakrwawiony opuszcza boisko, w jego miejsce wchodzi inna legenda klubu – Ryan Giggs. Avram Grant ze zmianami czeka do dogrywki.
A w tejże czekają nas kolejne emocje, których nie wytrzymują piłkarze obydwu drużyn. Dochodzi do rękoczynów w wyniku których Didier Drogba opuszcza boisko, ze złością patrząc w stronę Lubosa Michela, trzymającego wysoko nad głową czerwony kartonik. W międzyczasie Lampard trafia w poprzeczkę bramki pilnowanej przez Van Der Saara.
I wreszcie, rzuty karne. W strugach padającego od ponad godziny deszczu, kolejni piłkarze ustawiają piłkę na linii 11 metrów. Nikt już nie pamięta o skurczach mięśni, których gracze obydwu drużyn doznawali już od 60 minuty regulaminowego czasu. Teraz o trudach całego sezonu nie pamięta nikt. Kolejnym piłkarzem strzelającym rzut karny jest Cristiano Ronaldo. Portugalczyk bierze rozbieg, rusza, zatrzymuje się w połowie, robi jeszcze jeden krok, uderza i… Petr Cech wspaniałą paradą powstrzymuje jednego z najlepszych piłkarzy świata! Kibice Manchesteru nie wierzą. Koszmar proroczych wizji mediów krytykujących Portugalczyka zawisa nad całym zespołem. Ale to jeszcze nie koniec.
Kolejni zawodnicy wykorzystują swoje karne, aż wreszcie do piłki podchodzi John Terry. Jeśli trafi, dziesięć minut później jako kapitan zespołu wzniesie Puchar Europy nad głowę. Jednak decyduje nieszczęśliwy wypadek. Na śliskiej, zalanej deszczem murawie Terry pośliznął się i spudłował. Fatalnie broniący do tej pory w rzutach karnych Van Der Saar odetchnął z ulgą.
Wreszcie, po wykorzystanym karnym przez Ryana Giggsa, do piłki zbliża się Nicholas Anelka. Uderza w lewy róg, ale nareszcie refleksem i wyczuciem wykazuje się Holender. Po chwili tonie w uściskach kolegów z drużyny, podczas gdy twarz Johna Terry’ego zalewają łzy.

Manchester świętuje. Chelsea musi jeszcze poczekać, a biorąc pod uwagę głupotę w podejmowaniu decyzji transferowych przez Cara Romana i kolejne plany kupna młodych utalentowanych przez Sir Alexa, The Blues mogą się prędko kolejnej szansy nie doczekać.
Faktem jest, że Chelsea, zwłaszcza w pierwszej części meczu, sprawiała wrażenie konstelacji gwiazd które rzucone są w gwiazdozbiór zupełnie przypadkowo. Przypominała uczestnika Turnieju Dzikich Drużyn, które z powodu braku trenera, liczyć muszą na indywidualne umiejętności poszczególnych zawodników, a ci, mimo wszelkich starań, po prostu nie potrafią pokonać lepiej przygotowanego taktycznie przeciwnika.
W drugiej części meczu, jak i w obydwu częściach dogrywki, The Blues prezentowali się o niebo lepiej. Atakowali, świetnie bronili, nie pozwalali rywalom na rozgrywanie piłki, ba, Manchester rzadko wychodził z własnej połowy. Zabrakło odrobiny precyzji i szczęścia, bez którego niejednokrotnie lepsi schodzili z boiska jako pokonani.
Co się zaś tyczy Manchesteru… W oczy wyjątkowo rzuca się geniusz Fergusona, który swoim temperamentnym gwiazdom pozwala wyszaleć się w lidze angielskiej, podczas gdy w Champions League ta drużyna przypomina wytrawnego boksera, czyhającego na błąd rywala, by wtedy uderzyć z całej siły nokautując, bądź doczekując na koniec walki wygrać przewagą punktów.
Niesamowite jest, jak 66-letni już Szkot potrafił swoich podopiecznych ułożyć, stwarzając tym samym jedną z najlepszych linii obrony na świecie, która w fazie grupowej Ligi Mistrzów pozwoliła na utratę ledwie dwóch bramek.

Finał w Moskwie był finałem niesamowitym z wielu powodów. Bo oprócz tego, co działo się na boisku, mecz odbywał się i poza nim, w sferze emocjonalnej, historycznej i sentymentalnej.
Przypomnijmy:
- Chelsea do Finału Ligi Mistrzów dotarła po raz pierwszy. Nie udało się to The Special One – Jose Murinho, który choć trenerem wielkim jest, jego chęć posiadania władzy równej z tą, jaką w Manchesterze ma Fergie, zakończyła się konfliktem z Romanem i rozwiązaniem kontraktu.
Tymczasem do finału dobrnął “Pan Nikt”, trener który na ławce bardziej statystuje, aniżeli ma wpływ na to co się na murawie dzieje. Bo niemożliwym wydaje się przecież kłótnia o wykonanie rzutu wolnego między Waynem Rooneyem a Cristiano Ronaldo, podczas gdy taka właśnie sprzeczka miała miejsce między Drogbą i Ballackiem.
- Do finału dotarła Chelsea zdruzgotana końcówką sezonu w Premier League, w której po raz drugi z rzędu przegrali rywalizację z Czerwonymi Diabłami. Chelsea, w której dopiero co znoszony był na noszach John Terry (złamanie ręki). Chelsea, którą dopiero co wstrząsnął fakt o śmierci Pat Lampard, matki Franka. Chelsea, która po sezonie może się kompletnie rozsypać – Shevchenko już myśli o powrocie do Milanu, a Drogba zapowiada rychłe odejście ze Stamford Bridge.
- Do finału dotarł Manchester United, zespół, który ostatni raz w finale grał 9 lat temu i po niesamowitej końcówce meczu przeciwko Bayernowi, wznosił Puchar Europy. I wtedy również całowali go Paul Scholes i Ryan Giggs.
- Do finału dotarł Manchester, prowadzony od przeszło dwóch dekad przez jednego szkoleniowca, co w dziejszych czasach graniczy niemal z cudem, zwłaszcza na tak wysokim poziomie finansowym, na jakim znajduje się Manchester United. 66-letni dziadek w przeciwieństwie do większości trenerów potrafi wciąż być autorytetem i cieszyć się nieustającym szacunkiem swoich piłkarzy, nie zezwalając na zgubną degrengoladę, jaka miała miejsce choćby w Katalonii.
- Wreszcie, do finału dotarł zespół, który 50 lat temu został dotknięty wielką katastrofą lotniczą pod Monachium, w której zginęło 8 piłkarzy i wielu pracowników klubu z Manchesteru. Zespół, który 40 lat temu, odbudowany po tragedii przez legendę klubu, Matta Busby’ego, osiągał sukces ze swoim legendarnym składem.

Dzisiaj to Szkot posiada o jeden Puchar Europy więcej od swojego poprzednika, Busby’ego.
Jeszcze przed meczem mówiłem, że nie możemy zawieść i musimy uczcić pamięć Dzieci Busby’ego – mówił Sir Alex Fergusson na konferencji prasowej. – Myślę, że dziś dużą rolę odegrało przeznaczenie. Podobnie zresztą było w całym sezonie.
- Przegrałem trzy konkursy karnych z Aberdeen i trzy z United, nie licząc meczów o Tarczę Dobroczynności, tak więc nadszedł wreszcie ten siódmy szczęśliwy raz.
- Kiedy Terry nie strzelił bramki, wiedziałem, że fortuna się odwróciła, i to my wygramy ostatecznie mecz. Jestem bardzo dumny, że wygraliśmy po raz drugi Puchar Europy, ale najważniejsze, że nie dałem się porwać emocjom, które szybko po mnie spłynęły i już jutro będę myślał o nowym sezonie - dodał.

Co tu dużo mówić, za nami Finał, o jakim wszyscy marzyli. Krew, łzy i pot piłkarzy, wymieszane z deszczem wsiąkły już w murawę stadionu w Moskwie, który będzie nam przypominał o tym niesamowitym meczu, jakiego byliśmy świadkami. Wiem, że ton tego tekstu jest do bólu patetyczny. Ale taki miał być, aby choć odrobnę oddać klimat tego, jakże patetycznego, Finału Ligi Mistrzów.
(Majlosz)




Warto wspomniec rowniez o tym, ze zarowno na boisku jak i poza nim Carrick i Hargreaves rozumieja sie bez slow ;) – http://newsimg.bbc.co.uk/media/images/44679000/jpg/_44679992_utd2_getty_466.jpg
Dla mnie w tym sezonie liga mistrzow stala sie nudna i odpychaja po dwumeczu Arsenal-Liverpool. Wiadomo dlaczego.