Dzięki wygranej Manchesteru z Barceloną już we wtorek było wiadomo, że po raz pierwszy w historii obejrzymy angielski finał Ligi Mistrzów. Do “Czerwonych Diabłów” dołączyła Chelsea i już niedługo w Moskwie odbędzie się kolejna “bitwa o Anglię”. Los sprawił, że także w Premiership te dwa zespoły do końca będą walczyć o mistrzostwo kraju. Półfinały były niezwykle dramatyczne i interesujące i na dobrą sprawę, przegrani mogli być także wygranymi…
- Manchester United – Barcelona
Niektórym mogło sie wydawać, ze w kotle, jaki “Czerwone Diabły” zwykle gotują rywalom na Old Trafford, Barcelona nie ma zbyt wielkich szans. Zwłaszcza, że w pierwszym meczu na Camp Nou nie potrafiła wykorzystać 62 procent posiadania piłki i licznych sytuacji i zakończyła mecz bezbramkowo; zwłaszcza, że ostatnio w lidze Barca przegrywa lub remisuje nawet “wygrane” mecze ze słabeuszami. Było tylko jedno małe “ale” – ostatnio Manchester też złapał lekką zadyszkę, a najlepszym dowodem na to był przegrany 1:2 mecz z Chelsea. Mogliśmy obejrzeć mecz bardzo ciekawy, moim zdaniem, prowadzony w obydwu połowach w bardzo szybkim tempie. Niestety, powtórzyła się sytuacja sprzed tygodnia: Barca atakowała, stwarzała mnóstwo sytuacji, miała przewagę w posiadaniu piłki, ale nie potrafiła przez 90 minut zdobyć gola, gdyż znów brakowało “ostatniego podania”, wykończenia akcji. Gracze “Dumy Katalonii” jakby bali się podjąć ryzyko strzału, woleli oddać partnerowi, który z reguły… oddawał kolejnemu partnerowi. Poza tym brakowało strzałów z dystansu. Manchester też miał swoje okazje, ale gola zdobył po fatalnym błędzie Zambrotty, który podał ideanie do… Scholsa, który (trzeba mu oddać) przepięknym strzałem umieścił piłkę w samym rogu bramki. Cristiano Ronaldo ani inni nie zachwycili, denerwował West Brown, za to największy szacunek budzili niezawodni Rio Ferdinand i van der Sar. Obserwując grę i ilość akcji Manchesterowi awans sie nie należał, ale… Barcelonie też nie, bo w futbolu chodzi o to, by zdobywać gole, a nie tylko przeprowadzać mnóstwo akcji, z których nic, na dobrą sprawę, nie wynika. Warto dodać, że wśród graczy Barcy na pochwałę zasłużył szczególnie Lionel Messi, który dwoił się i troił, ale… jeden Messi awansu nie czyni!
- Chelsea – Liverpool
Drugi półfinał był nie mniej emocjonujący, zresztą wiadomo, że gdy grają ze sobą angielskie kluby, zawsze jest emocjonująco. W pierwszym meczu było 1:1. Teraz na Stamford Bridge było 3:2 (po dogrywce). Chelsea miała do wyrównania rachunki z Liverpoolem z poprzednich edycji Ligi Mistrzów, kiedy odpadała np. po problematycznej bramce. Mecz toczył sie w niezłym tempie, zwłaszcza w pierszych 45 minutach. Po przerwie niesamowita ulewa, a właściwie ściana wody, uniemożliwiła aż tak szybką i ładną grę. Trzeba uczciwie przyznać, że Chelsea przeważała w tym meczu i w sumie wygrała zasłużenie. Można też gdybać, co by było gdyby Riise nie strzelił w pierwszym meczu “samobója”. Można też gdybać, czy Liverpoolowi nie należał sie w końcówce karny za faul na Hyypii w ogromnym zamieszaniu w polu karnym Chelsea. Liverpool walczył jak lew, do końca próbując desperackich wręcz ataków, ale wszytsko na nic. Dla Chelsea wspaniale strzelał Drogba (dwukrotnie), a do tego Lampard trafił z karnego. Gol dla Liverpoolu autorstwa Torresa też był przedniej urody. Zespół Rafy Beniteza udowodnił po raz kolejny, że zawsze walczy do końca i w końcówkach potrafi strzelać gole: dopiero w 66. minucie udało sie strzelić gola na 1:1, który doprowadził do dogrywki, a w niej nawet przy stanie 1:3 (potrzebne były 2 bramki do awansu), nie rezygnował z ataków. Przypominał się pamiętny finał z Milanem od 0:3 do 3:3 i 3:2 w karnych. Tym razem nie było szczęsliwego zakończenia – Liverpool zdążył strzelic tylko jedną bramkę i pożegnał się z Ligą Mistrzów. Widać było, że Benitez jest wściekły – w kraju jego zespół od dawna nie liczy się w walce o mistrzostwo w Lidze Mistrzów nie będzie go w finale…
Po raz pierwszy w historii więc mamy sytuację, że w finale Champions League spotkają się ze sobą dwa zespoły angielskie. Były już finały włoskie, były hiszpańskie, angielskiego jeszcze nie… Dodatkowym smaczkiem będzie to, że zespoły te walczą też aktualnie ze sobą o krajowy prymat (mają równą liczbę punktów). Chelsea jest ostatnio jakby na fali, a co najdziwniejsze, mimo że mówi się, że Avram Graham jest praktycznie figurantem, to zespół osiąga lepsze wyniki niż za czasów Mourinho, chociaż jednocześnie mówi się, że drużyna dalej gra stylem, przez niego wpojonym. Może po prostu Mourinho w swej zarozumiałości nieraz starał się przekombinować, a teraz po prostu gracze (na pewno wielkiego formatu) “grają swoje” i …wychodzi?! Za to United ostatnio trochę się pogubili. Myślę jednak, że do finału zdążą odzyskać formę i zmobilizować się nadzwyczajnie, bo właściwie, obiektywnie rzecz biorąc, tytuł im się należy, choćby za to, jak grali w tym sezonie i za to, jak poczynał sobie przeważnie na boisku “boski” Cristiano.
(Kinia)





