Trzy czwarte drużyn, występujących w półfinale Ligi Mistrzów, to drużyny angielskie. Przypadek? Raczej dowód na to, że w tej chwili to Premiership jest niekwestionowanym liderem na tle wszystkich lig europejskich. Ten wysoki poziom był zresztą widoczny chociażby w półfinałowych zmaganiach dwóch angielskich potentatów Liverpoolu i Chelsea, którym przyszło zmierzyć się z sobą na Anfield Road.
- Liverpool – Chelsea 1:1
Zespół, prowadzony przez Rafaela Beniteza już był w ogródku, już witał się z gąską, kiedy nagle,a niespodziewanie w 95 minucie nadeszła KATASTROFA, ale… po kolei. W pierszej połowie mecz był prowadzony w dużym tempie, co rusz akcje przenosiły się z jednej na drugą stronę boiska i wcale nie było widać, że to Liverpool ma aż 59% posiadania piłki. Podczas tych 45 minut nawet największy wróg Premiership musiał przyznać, że poziom w angielskiej ekstraklasie jest obecnie, na tle innych europejskich lig, najwyższy. Niesamowite tempo właściwie podczas całego meczu, niesamowita walka (widać, że piłkarzom zależy na wygranej), niesamowity pressing i piłka, która “słucha się” zawodników i chodzi “jak po sznurku”. Premiership to także liga wyrównanana, dużo w niej dobrych drużyn, a różnica poziomów między tymi, którzy przewodzą tabeli, a tymi, którzy ją zamykają, nie jest wcale taka duża. Wszystkie angielskie drużyny walczą do upadłego i biegają po boisku z kosmicznym nieraz przyspieszeniem… Jest to jak najzupełniej uzasadnione, biorąc pod uwagę, że Premierligue gra niemal bez przerwy, i to z jaką częstotliwością!
Patrząc na zmagania Liverpoolu i Chelsea miałam wrażenie, że polscy ligowcy wypruliby sobie płuca po jakiś 30 minutach gry w takim tempie. Smutne to, ale prawdziwe. U nas drużyna, która prowadzi, często zaczyna grać zachowawczy futbol, a tempo spotkania radykalnie maleje, tam drużyna po strzeleniu gola rozpoczyna walkę o następnego. Co ważne i znamienne dla Premiership, walkę bez oszczędzania się, z dużą ilością fauli, po których nikt (o ile nie jest półżywy po spektakularnym “skoszeniu” przez rywala) nie kładzie się na murawie i nie leży pięć minut i nie robi spektaklu, udając, że umiera.
A teraz o samym meczu: Chociaż Chelsea nie prezentuje już takiego charakteru i stylu gry jak w czasach Mourinho, to jednak zawsze gra do końca, nawet jeśli ataki są coraz mniej składne, a coraz bardziej dramatyczne. Można powiedzieć, że mecz był wyrównany. Atakowały obydwie strony. Z pomeczowych statystyk wynika, że Liverpool miał jednak przewagę – 55% posiadania piłki, więcej strzałów na bramkę itd. Chelsea jednak nie należy nigdy lekceważyć, bo potrafi nieraz strzelać gole “z niczego”, gole w końcówkach i wygrywać nawet wtedy, gdy to się im nie należy.
Wynik meczu otworzył w 43. minucie Dirk Kuyt, kiedy wydawało się, że obustronna wymiana ciosów w pierszej połowie zakończy się bezbramkowo. Liverpool był w znakomitej sytuacji. Niemniej w drugiej odsłonie meczu piłkarze Chelsea wzięli się do roboty. Ich akcje, chociaż nieraz trochę rwane i chaotyczne, to jednak siały spory zamęt pod bramką Reiny. Chelsea cisnęła, ale i Liverpool pod koniec meczu miał sytuacje do wykorzystania, a Robocop – Pet Cech dwoił się i troił. I kiedy wszystko wydawało się zmierzać do szczęśliwego dla “The Reds” rozwiązania: Benitez siedział spokojnie na trenerskiej ławce, Avram Graham (wyglądający jak po wypuszczeniu z obozu) też już raczej na nic ne liczył, nadeszła 95. minuta, którą John Arnie Riise i fani Liverpoolu zapamiętają na długo. Zamiast, po dośrodkowaniu helsea wybić piłkę gdzieś daleko od własnej bramki ten ładnym szczupakiem skierował ją dokładnie pod poprzeczkę bramki, strzeżonej przez Pepe Reinę, który nie mógł uwierzyć w to, co się stało, ale był bez szans w tej sytuacji. Zaś Riise, no cóż, padł jak rażony na murawę z pełną świadomością ciężaru gatunkowego tego, co zrobił.
Jednym, jakże głupim zagraniem LIverpool stracił bardzo wiele i teraz to Chelsea, w obliczu rewanżu na Stamford Bridge zdaje się być w lepszej sytuacji. Przypomnę, że często LIverpool grał rewanż u siebie i to było jego dużym atutem. Teraz tego atutu nie będzie, a sam Riise (o ile zagra), choćby zagrał nie wiem jak, chcąc zmazać tę haniebną plamę, Chelsea nie pokona, nawet jeśli “dyryguje” nią trener-widmo, bo ponoć zbyt wielkiej mocy decyzyjnej i władzy to on w szatni londyńczyków nie ma. Należy jednak pamiętać, że to dwie angielskie drużyny, które znają się na wylot i tak naprawdę zdarzyć się może wszystko, a Benitez już niejednokrotnie udowodnił, że kto jak kto, ale sukcesy w Lidze Mistrzów to on potrafi osiągnąć. Oceny szans się nie podejmuję, wiem tylko, że czeka nas kolejna “bitwa o Anglię”.
- Barcelona – Manchester United 0:0
Co tu dużo pisać: znów mieliśmy możliwość zobaczyć przewagę ligi angielskiej i coraz bardziej prawdopodobny zdaje się angielski finał, bo Manchester, grając rewanż na Old Trafford ma właściwie Barcę na widelcu. Co z tego, że drużyna Franka Rijkarda zagrała właściwie dobre spotkanie, miała 62% posiadania piłki, stworzyła mnóstwo sytuacji, kiedy brakowało tego ostatniego podania, które otworzyłoby droge do bramki, ładnego wykończenia akcji. Manchester za to grał spokojnie, zachowawczo, nastawiał się na grę z kontry. MIał nawet karnego na początku meczu, ale nie wykorzystał go Cristiano Ronaldo, trafiając w słupek. Hiszpańska fantazja i ataki momentami “na hurra” nie przyniosły efektu i Barca jest w ciężkiej sytuacji, no, ale poczekamy, zobaczymy…
(Kinia)



