Na placu boju zostało 8 drużyn, które we wtorek i w środę rywalizowały na czterech stadionach Europy. Nie zabrakło niespodzianek, choć i tak największym zaskoczeniem jest chyba fakt, że w półfinale, po raz pierwszy od kilku lat, zabraknie klubu reprezentującego Włochy.
Ostatni raz, gdy żaden klub z Italii nie dotarł do półfinału, miał miejsce w sezonie 2003/2004, kiedy to AC Milan poległ w ćwierćfinale w dwumeczu przeciwko Deportivo. Co ciekawe, Włosi wygrali wówczas na San Siro 4:1, by w rewanżu polec 1:4.
Mało tego, kluby z Włoch są najbardziej utytułowanymi drużynami spośród wszystkich nacji biorących udział w Champions League: 11 razy wznosili Puchar Europy nad głowy, a 14-krotnie byli finalistami. Dla porównania, drużyny angielskie, które w tym sezonie najliczniej reprezentują Premier League, mają na koncie 10 zwycięskich finałów, ale finalistami były zaledwie 4 razy.
Ale ten sezon okazał się bardzo przewrotny. Już w 1/8 finału z LM pożegnał się zeszłoroczny triumfator, AC Milan. Na placu boju pozostała AS Roma, która jest o tyle pechowa, że trafiła na najlepszy chyba obecnie klub w Europie.
AS Roma – Manchester United 0:2
Bez Francesco Tottiego przyszło rzymianom podejmować lidera Premier League, który w obecnej edycji Ligi Mistrzów nie przegrał jeszcze żadnego meczu. Sir Alex Ferguson wydelegował do gry skład bardzo defensywny, z jednym zaledwie wysuniętym napastnikiem, który w dodatku częściej piłki rozdzielał między kolegów, niż uderzał na bramkę Doniego.
Tyle, że po cóż Fergusonowi kolejny napastnik, skoro po murawie biega Cristiano Ronaldo?
Ronaldo-sceptycy i tak zapewne powiedzą: “jak dojdzie do finału to zobaczymy”, ale nie ma aktualnie w Europie drugiego gracza, który by tak zdominował ligę, jak młody Portugalczyk.
Znakomity mecz rozegrał Wayne Rooney, który oprócz zdobytej bramki, pracował przez 90 minut na całej długości i szerokości boiska, strzelając, podając i broniąc.
A Roma? Choć nie zagrała najgorszego meczu w historii (pamiętacie 1:7 właśnie przeciwko United, rok temu?), to była bezradna. Brak Tottiego wyraźnie odbił się na zespole, który atakował bez pomysłu, wciąż posyłając wysokie długie piłki w pole karne Van Der Saara, które z dziecinną łatwością przechwycali wysocy Ferdinand, Brown i Silvestre. Rzymianie nie mogą narzekać na brak sytuacji, zabrakło jednak skuteczności.
Prognoza na rewanż:
Old Trafford od zeszłego sezonu kojarzy się kibicom Romy z piekłem, w którym Czerwone Diabły gotują, a następnie zjadają każdego kolejnego rywala. Jeśli nie stanie się cud, podopieczni Luciano Spalettiego wyjadą z Manchesteru jako przegrani.
Schalke 04 – FC Barcelona 0:1
Niemcy, przeżywający od kilku sezonów kryzys w rozgrywkach Ligi Mistrzów, podejmowali na Arena Auf Schalke piłkarskiego giganta – FC Barcelonę. Barcelonę naszpikowaną gwiazdami, mającą gigantyczny budżet i wiernych kibiców na całym świecie. Ale Barcelonę w kryzysie.
Co z tego jednak, skoro podopieczni Mirko Slomki zapomnieli najwyraźniej o słabej formie Blaugrany i na murawę wyszli wystraszeni do granic możliwości, oddając już od pierwszych minut pełną inicjatywę przeciwnikowi.
Wykorzystała to Barcelona bardzo szybko. W 12 minucie akcję lewą stroną boiska przeprowadził Xavi, zagrywając świetną piłkę do Henry’ego, który uderzył prosto w Neuera. Golkiper Schalke piłki jednak nie złapał, co wykorzystał Francuz, zgrywając piłkę prostopadle do bramki, a z najbliższej odległości wpakował ją do siatki najmłodszy w zespole – Bojan Krkic. Mający 17 lat i 217 dni Hiszpan został drugim na liście najmłodszych strzelców w Champions League (nr 1 wciąż jest Peter Ofori-Quaye z Olympiakosu – 17 lat 195 dni).
Schalke obudziło się dopiero w drugiej połowie, jednak Victor Valdes miał bardzo szczęśliwy dzień i piłka zawsze omijała jego bramkę. Niemcy udowodnili, że Barcelona jest zespołem do pokonania, ale sami przekonali się o tym o 70 minut za późno.
Prognoza na rewanż:
Barcelona, choć w fatalnej dyspozycji, wciąż dysponuje ogromnym doświadczeniem, któro będzie jej bardzo łatwo wykorzystać przed własną, 65-tysięczną publicznością. Piłkarze Schalke, bez pewności siebie i chęci do walki, zostaną pożarci ku radości całej Katalonii.

Wtorkowe mecze zdają się być rozstrzygnięte, ale dla równowagi środa przyniosła nam zarówno sensacje, jak i zagwarantowała emocje w meczach rewanżowych.
Fenerbahce – Chelsea 2:1
Już fakt dojścia Fenerbahce do ćwierćfinału stał się sporą niespodzianką. Po losowaniu par 1/4 finału niktomu w Turcji nie było raczej do śmiechu. Chelsea Londyn co prawda nie ma już na swojej ławce Jose Murinho, ale mecze w Premier League i odzyskane drugie miejsce w tabeli odzwierciedlają rażącą siłę The Blues, który do Turcji przylecieli po łatwe zwycięstwo.
Piłkarze Fenerbahce na murawę wyszli przestraszeni i nastawieni bardzo defensywnie. W 13 minucie, po dośrodkowaniu Maloudy, Deivid skierował piłkę do własnej bramki.
Z każdą kolejną minutą Turcy grali odważniej, spychając powoli The Blues do obrony. Wreszcie, w 65 minucie, po znakomitym podaniu Aurelio, piłkę do siatki skierował Kazim. Nadzieje Fenerbahce odżyły.
W 80 minucie tego pojedynku Dawida z Goliatem, do piłki dobiegł ten, który wcześniej odebrał części kibiców wiarę w pokonanie Anglików- Deivid. Brazylijczyk 30 metrów od bramki nagle złożył się do strzału i huknął potężnie w stronę Cudiciniego. Cała defensywa Chelsea mogła tylko podziwiać, jak piłka z ogromną prędkością wpada w samo okno bramki. Był to chyba najładniejszy gol tegorocznej edycji Ligi Mistrzów.
Prognoza na rewanż:
Fenerbahce wyrusza do Londynu z zaliczką wystarczającą, by Chelsea na Stamford Bridge w pełni ukazała swoje walory ofensywne. Los Turków leży głównie w ich umiejętności do obrony i kontrataków, ale oni już mają na koncie wspaniały, udany sezon. Nie mają nic do stracenia. Kto wie, może kolejne niespodzianki sprawią już w półfinale?
Arsenal – Liverpool 1:1
Bitwa o Anglię, jak ładnie ten mecz skomentował supergigant. Przedszkole Wengera kontra doświadczony, zszyty żelazną nicią taktyki zespół Beniteza. Jedna z najładniej grających drużyn w Europie, przeciwko zespołowi nudnemu, który jednak w skuteczności swej gry osiągnął arcymistrzostwo.
Osiem lat Arsenal w meczach z Liverpoolem jest na własnym stadionie niepokonany. Ale wynik 1:1 Kanonierzy w perspektywnie rewanżu na Anfield Road mogą uznać za przegraną.
Sen Arsenalu zaczął się spełniać w 23 minucie, gdy po świetnym dośrodkowaniu z rzutu rożnego piłkę do siatki skierował Adebayor. Niestety Kanonierzy bardzo szybko musieli się obudzić, bo 3 minuty późnie, po świetnej akcji Stevena Gerrarda, piłkę do bramki Almunii wepchnął Dirk Kuyt.
Arsenal rzucił się momentalnie do ataku, ale zarówno pech Londyńczyków, jak i wielkie szczęście The Reds (a w jednej z akcji nawet napastnik Kanonierów) powstrzymywali piłkę od przekroczenia linii bramkowej pilnowanej przez Reinę.
Arsenal był zespołem lepszym, grającym ładniej, ciekawszym, ale często o zwycięstwie decyduje szczęście. Tym razem Kanonierom go zabrakło.
Prognoza na rewanż:
Liverpool na Anfield Road będzie drużyną znacznie groźniejszą. Dla nas, kibiców, najważniejsze jest to, że Arsenal musi zaatakować, co zagwarantuje nam wspaniały, emocjonujący mecz.
(Majlosz)



