
O meczu Polska – USA trąbią wszystkie media od wczoraj, w prasie zostało już napisane chyba wszystko poza informacjami jakiego koloru były krzesełka na których siedzieli rezerwowi i z jakiego materiału zostały zrobione bokserki Leo Beenhakkera (choć o tym pewnie rozpisały się pewne “tematyczne” portale, których niestety nie czytuję).
Bez względu kolor krzesełek i sposób depilacji łydek Radka Matusiaka, Polacy wypadli fatalnie.
Jeden – zero:
Amerykanie okazali się bardzo niewygodnym dla Polski przeciwnikiem. Szybsi, lepiej zbudowani fizycznie, świetnie przygotowani motorycznie. Każdy z nich był szybszy i silniejszy od Polaków. Każdy z nich potrafił lepiej ustawić się w polu karnym, zarówno własnym, jak i przeciwnika. Ale to nie na Amerykanach powinniśmy skupiać swoją uwagę.
O meczu napisano już tysiące zdań. Większość z nas oglądała mecz na żywo i widzieliśmy co w grze reprezentacji kuleje. A może powinienem napisać: widzieliśmy, co reprezentacji się udaje; łatwiej i szybciej będzie można to wyliczyć. Z moich obserwacji wynika w każdym razie, że Artur Boruc może pochwalić się świątecznym stołem, na którym jedzenia nie brakowało. Przy trzeciej bramce bramkarz Celticu rzucił się z wyraźnym opóźnieniem, do piłki, która była uderzona słabo. I nie wpadła w samo “okno” bramki.
O defensywie reprezentacji pisać nie będę, ponieważ ja w ogóle nie odnotowałem jej obecności na boisku. Natomiast muszę powiedzieć, że jestem zawiedziony Maćkiem Żurawskim. I pragnę nadmienić, że zawsze byłem zwolennikiem tego piłkarza, nawet gdy grzał ławę w Glasgow, a pod wodzą Beenhakkera miał występy tak słabe, że nawet najwięksi jego entuzjaści pukali się w głowę pytając o zdrowie psychiczne Holendra.
Aktualnie Maciek gra bardziej jako pomocnik, aniżeli napastnik, jest łącznikiem między środkiem pola, a napadem. Tyle, że w meczu przeciwko USA zdecydowanie częściej Żuraw zagrywał do tyłu, aniżeli do przodu. I już pal licho drybling jakikolwiek (mimo, że każdy dobry pomocnik widząc przed sobą jednego obrońcę, ominie go zwodem a następnie poda do wolnego zawodnika, Maciek ZAWSZE odgrywa piłkę zanim pomyśli o dryblingu), chodzi mi o sam fakt rozgrywania. Liczył ktoś ile Magic miał celnych zagrań do przodu a ile zagrań do tyłu?
Uwag do reprezentacji można mieć masę, ale ja zwróciłem uwagę właśnie na te dwa aspekty. Dlaczego? Przecież nie były one najbardziej widoczne, w porównaniu z tym, co czyniła obrona (a raczej czego nie czyniła!), można powiedzieć że gra Żurawskiego i Boruca to detale. Ale z drugiej strony, wydaje mi się że w tym meczu oprócz kilku zawodników którzy o Euro wciąż walczyli (Brożek, Piszczek), to właśnie wyżej wymieniona dwójka powinna teraz prezentować najsolidniejszą formę. Formę godną filarów zespołu. A gdy zawodzi filar, cała konstrukcja może runąć.
Na sam koniec moich spostrzeżeń dotyczących meczu, pragnę podkreślić FATALNY doping kibiców zgromadzonych na stadionie przy ulicy Reymonta. Sektory A i B przyzwyczaiły nas do “siedzącego” charakteru kibicowania, ale milczący sektor C (najgłośniejszy podczas każdego meczu Wisły Kraków), zadziwił mnie, a wręcz rozczarował.
Usłyszałem dwa zarzuty dotyczące kibicowania: “za bardzo wiślacki” oraz “za bardzo monotonny”. Więc od razu tłumaczę: to kibice Wisły prowadzili cały doping na trybunach, stąd też kilka przyśpiewek charakterystycznych dla Białej Gwiazdy. A co do monotonii… jak wyżej – większość prób dopingu pochodziła właśnie od kibiców z Krakowa, “przyjezdni” praktycznie nie wydawali z siebie odgłosów, no, może poza odśpiewaniem Hymnu i kilkoma wulgaryzmami, rzuconymi w stronę arbitra głównego (który notabene również nie popisał się wysoką formą). Szacunek należy się sektorowi D, który był zdecydowanie najgłośniejszy:
Szkoda, bowiem reprezentacja gościła w Grodzie Kraka pierwszy raz od 10 lat. Spodziewałem się czegoś więcej. A dodać muszę, że sam gardło zdarłem i do dzisiaj ledwo mówię.
(Majlosz)


