Żeńska połowa redakcji po rzekomym byczeniu się na nartach (chociaż ja nazwałabym to raczej ciężkimi treningami;), wraca do pracy! A temat już na początku trafia się niebagatelny: koniec pracy Hannu Lepistoe z kadrą polskich skoczków. Ale do rzeczy! Wczoraj jak grom z jasnego nieba gruchnęła wieść, że PZN kontraktu z fińskim szkoleniowcem nie przedłuży, ten zaś, nieco zaskoczony, najprawdopodobniej zrezygnuje nawet z wyjazdu z kadrą do Planicy. Czy decyzja decydentów jest dobra? Kto zostanie następcą Fina i zbawi polskie skoki?
Hannu Lepistoe to trener doświadczony i “utytułowany”, jednym słowem – fachowiec wysokiej klasy. Klasę tę miał potwierdzić, prowadząc kadrę polskich skoczków, a przede wszystkim jej perełkę, czyli Adama Małysza. Chociaż nie brakowało osób, które odnosiły się do tego pomysłu sceptycznie (a że za stary, a że z zagranicy, a że będzie za dużo zarabiał… itp., itd.) i wśród tych osób był początkowo także sam mistrz, to jednak pierwszy sezon pracy Fina na stanowisku nakazywał spodziewać się jeśli nie większych, to przynajmniej porównywalnych sukcesów w kolejnych latach. Adam Małysz w sezonie 2006/2007 został mistrzem świata, zdobył 1. miejsce w Pucharze Nordyckim i, co najważniejsze, po raz czwarty wywalczył Kryształową Kulę. Oprócz tego dobrze, a momentami nawet bardzo dobrze, skakał Kamil Stoch. Dlatego też niektórzy już widzieli naszego mistrza z piątą kulą w garści za sezon 2007/2008, stojącego na najwyższym stopniu podium w Planicy. Skoki pokazały jednak wielokrotnie, że są dyscypliną wielce nieprzewidywalną. Ten sezon zakończył się totalną klapą: Małysz jest 13. w Pucharze Świata, nie zdobył medalu w lotach, nie wygrał żadnych pucharowych zawodów, zaś na formę pozostałych Polaków wypada spuścić jedynie zasłonę milczenia. Czy wobec tak rozbieżnych dwóch sezonów zwalnianie Fina jest dobrym pomysłem?
Właściwie bowiem trudno jednoznacznie zawyrokować czy Fin więcej wygrał, czy więcej przegrał w naszym kraju. Z jednej strony trzeci sezon z kolei prowadzenia kadry mógłby sporo wyjaśnić w tej kwestii. W tegorocznym Pucharze Świata błędy zostały popełnione, ale równocześnie Fin przyznał się do tego, więc istniałaby szansa, że w przyszłym roku je wyeliminuje a Małysz znów wróci do wielkiego skakania. Jest tylko jedno “ale”: w 2010 roku mamy kolejną zimową olimpiadę, a zatrudnianie nowego szkoleniowca w roku olimpijskim byłoby już totalnym nieporozumieniem. Z tego punktu widzenia połowa drogi do igrzysk w Vancouver wydaje się wystarczającym czasem, by nowy trener mógł efektywnie wprowadzić swą myśł szkoleniową. Oczywiście nawet ewentualne sukcesy w przyszłorocznym Pucharze Świata nie gwarantują sukcesu na olimpiadzie, ale tego nie zagwarantuje nawet trener, który przez pięć lat z rzędu odnosił sukcesy. Na olimpiadzie nieraz bardzo wiele zależy od dyspozycji dnia, od warunków atmosferycznych, właściwie od każdego najdrobniejszego szczegółu.

Co do samej kwestii zwolnienia, to wyszła ona dosyć niespodziewanie i nie została rozwiązana w zbyt szczęśliwy sposób. PZN wiedział już, że kontraktu z Hannu nie przedłuży, ale zamierzał mu to zakomunikować dopiero po zakończeniu sezonu. Tymczasem Fin wywinął działaczom “brzydki numer” i sam zadzwonił do Tajnera, szefa PZN-u z zapytaniem, czy będzie pracował z kadrą w przyszłym sezonie. A ponieważ Polo obiecał mu szczerość, więc tę szczerość dostał. Wiadomość o rezygnacji z jego usług chyba lekko go zaskoczyła, a tym bardziej rozczarowała, bowiem plan wstępny zakładał raczej długofalową współpracę i Fin chciał jeszcze się wykazać. Chociaż przyjął decyzję w miarę spokojnie, to prawie na pewno nie zamierza już towarzyszyć kadrze w ostatnich zawodach sezonu w Planicy. Cóż, mimo wszystko taktowniej i lepiej wyglądałoby jednak, gdyby na pożegnanie ze skoczkami i kibicami się zdecydował. No, ale decyzja leży tylko w jego gestii…
Pytanie teraz: kto będzie następcą Lepistoe? Opcje są dwie: trener krajowy lub znów szkoleniowiec z zagranicy. Ponieważ nie wydaje mi się, by zatrudnianie duetu typu Łukasz Kruczek-Piotr Fijas miało większy sens, związek pewnie zdecyduje się na obcokrajowca. Brane są pod uwagę trzy kandydatury: Berniego Schoedlera, Tommiego Nikunena i Stefana Horngachera. Dylemat jest, i to dość duży, bowiem każdy z nich ma w swym ręku poważne atuty i co najważniejsze, każdy z nich wyraża chęć pracy w Polsce. Schoedler jest dla zawodników doskonałym kumplem, a jak podkreśla Adam Małysz niesamowita radość skakania, którą wpaja zawodnikom, to jest coś, czego nasz skoczek zazdrości Szwajcarom. Nikunen, który kończy pracę w Finlandii jest perspektywicznym i młodym trenerem, a jednocześnie ma już wiele sukcesów, choćby z Janne Ahonenem. Horngacher zaś doskonale zna już polskich zawodników, gdyż pracował z sukcesami z naszą kadrą B, i co najważniejsze nasi skoczkowie mają o nim bardzo dobre zdanie. I kogo wybrać? Decyzję pozostawiam działaczom, w końcu od czegoś ich mamy, prawda? Niemniej jednak ja zatrudniłabym kogoś z dwójki Nikunen-Schoedler. Oczywiście żaden z nich nie gwarantuje sukcesu na olimpiadzie, ale przynajmniej do tego sukcesu przybliża. Poza tym jest nadzieja, że niestary szkoleniowcy złapie dobry kontakt z naszymi młodymi skoczkami i wreszcie zaczną oni osiągać jakieś sukcesy. Na zakończenie jeszcze jedna pozytywna wiadomość: do pracy z kadrą na pewno wraca Jerzy Żołądź, a on kojarzy się nam przecież z największymi sukcesami Małysza. Znów widzę więc światełko w tunelu dla polskich skoków.
(Kinia)



