Za nami Mistrzostwa Świata w Lotach w Obersdorfie 2008… Przed sezonem mnóstwo było wypowiedzi, że to jeden z nadrzędnych celów sezonu – przecież Adam Małysz nie ma jeszcze medalu z tej imprezy! “Orzeł z Wisły” zakończył rywalizację na 9. miejscu, więc… najlepszym, biorąc pod uwagę historię jego startów w mistrzostwach na “mamutach”. Czy faktycznie było tak dobrze? Chyba nie, bo Adam latał “sakramencko nisko” a drużyna zajęła 10. miejsce. Przyszłość trenera Hannu Lepistoe stoi pod znakiem zapytania…
Mistrzostwa w lotach to na pewno specyficzna impreza, bowiem w ogóle loty są specyficzne. To coś dużo więcej niż skoki… przez chwilę można poczuć się nawet jak ptak… Ale jest też druga strona medalu – by zakosztować tej chwili wolności, najpierw trzeba zjechać w dół długiego rozbiegu, a potem skoczyć… gdzieś w powietrze. Dlatego każdy skoczek, który w ogóle decyduje się skakać na “mamucie” zasługuje na szacunek. Tyle, że jedni skaczą z przymusu, a dla innych loty są najlepszą nagrodą, jak chociażby dla Bjerna Einara Romoerera czy Gregora Schlierenzauera, który swą pierwszą wizytę na “mamucie” zakończył z tytułem mistrza świata. Mistrzostwa świata w lotach są trudnymi zawodami, wymagają bowiem oddania czterech bardzo dobrych skoków na przestrzeni dwóch dni. Okazało się, że najlepiej poradził sobie z tym 17-letni “Schlierie” – skoczek bardzo utalentowany, ale póki co trochę nieprzewidywalny i chimeryczny. “Młody wilczek” wygrał tam, gdzie powinny królować “stare wygi”… (w tym Małysz).
Małysz niestety na lotach nie królował, nie królowali również pozostali Polacy… Zresztą, czy kogoś to dziwi? Chyba nie, bo każdy do takiego stanu rzeczy zdążył się już przyzwyczaić. Jeśli chodzi o Małysza, to i tak skakał nieźle, szczególnie w piątek. Myśleliśmy, że 5. pozycja będzie pozycją wyjściową do ataku. Tak się jednak nie stało, bo w sobotę z 5. zrobiła się 9. pozycja. Paradoksalnie, to najlepsze miejsce Małysza w historii jego startów w mistrzostwach w lotach. Nasz skoczek jakoś nigdy nie miał do nich szczęścia i chyba pozostaną jedyną imprezą, na której nie wywalczył żadnego medalu. O naszych pozostałych “mistrzach” właściwie szkoda wspominać…Mam wrażenie, że to jazda po równi pochyłej i z każdym rokiem zamist coraz lepiej, jest coraz gorzej. Każdy nowy trener obiecuje, że stworzy drużynę, a prawda jest taka, że w kadrze niedługo nie będzie miał kto skakać, o osiąganych wynikach nie mówiąc. Mówiło się, że za czasów Apoloniusza Tajnera nie mieliśmy drużyny i kolejni szkoleniowcy mieli to poprawić. Bardzo przepraszam, ale patrząc na obecne poczynania naszych zawodników śmieć twierdzić, ze wtedy drużyna była niemal “super” – no, przynajmniej prawie zawsze kwalifikowała się do drugiej serii, zajmując miejsca około 5-6. Teraz o czymś takim możemy tylko pomarzyć… Skocznia mamucia dodatkowo obnażyła wszystkie słabości polskich skoczków. O ile Kamil Stoch czy Piotr Żyła skoczyli jeszcze w miarę przyzwoicie, to skok Stefana Huli na 120 metrów chyba nie wymaga komentarza… Wystarczyła mina Adama Małysza, gdy zobaczył ten “popis” (bez skojarzeń politycznych proszę;).

Bardzo przeciętne, a właściwie marne wyniki w tym sezonie, zarówno jeśli chodzi o Małysza, jak i jego kolegów, powodują, że dziennikarze i działacze zaczęli przebąkiwać o “pozbyciu się” Hannu Lepistoe. Adam Małysz póki co zdecydowanie broni trenera, argumentując to tym, że jest zadowolony ze wspólpracy z Finem i wiele się od niego nauczył. Czy jednak nauczyli się też inni? Apoloniusz Tajner, prezes PZN na razie wypowiada się enigmatycznie, acz przytakuje, że problem jest i trzeba go w spokoju rozważyć. Z jednej strony, Fin jeszcze nie wypełnił kontraktu, a poza tym trzeba pamiętać, że to on doprowadził w tamtym roku Małysza do czwartej Kryształowej Kuli, z drugiej – jeśli zmieniać trenera, to teraz, gdy do igrzysk pozostały jeszcze dwa lata i nowy trener zdążyłby wprowadzić swoje metody szkoleniowe.
Co do Hannu Lepistoe, to ceniłam go za osiągnięcie sukcesu w tamtym roku, jak również za to, że potrafił przyznać się do błędów w przygotowaniach do obecnego sezonu. Widać jednak, że jakieś błędy są popełniane dalej, a fiński szkoleniowiec trochę się chyba pogubił. Zamiast przyznać się do widocznej gołym okiem, nawet dla ignoranta, wręcz “impotencji” polskich skoczków i swojej porażki w tym zakresie on nagle całą winę zrzuca na… niewłaściwy system szkolenia. Brakuje w nim wg Lepistoe przede wszystkim pracy specjalistów tj. psycholog, fizjolog itd., poza tym Fin jest zdania, że jeśli skoczek przez 20 lat jest niewłaściwie trenowany, to tych wad nie da się już później wykorzenić. Zaraz, zaraz, panie Hannu! To mi wygląda na typowe chowanie głowy w piasek! Po dwóch latach pracy przypomniał pan sobie, jaki mamy system szkolenia? Chyba zdążył pan już wcześniej rozeznać się w sytuacji. Jeśli nie, niedobrze, jeśli wiedział pan, a nic pan z tym nie robił… tym gorzej! Wiadomo było, że od tak doświadczonego trenera wymagać się będzie nie tylko sukcesów w pracy z Małyszem, ale także z innymi polskimi skoczkami, a talenty, jak wszyscy zgodnie podkreślają, mamy! Ciągle mówi się o dużym potencjale różnych zawodników, tyle tylko, że nic z tego nie wynika. Zakończę pytaniem retorycznym: czy doczekamy się kiedyś, by nasz skoczek, tak jak Schlierenzauer, wyszedł pierwszy raz na mamuta i zdobył mistrzostwo świata? ….(to pytanie także do pana, panie Lepistoe!)
(Kinia)



