We wtorek po zimowej przerwie swe rozgrywki wznowiła Liga Mistrzów, natomiast w piątek ruszyła Orange Ekstraklasa. Chociaż polskie kluby (a szczególnie Wisła) marzą o Lidze Mistrzów już dawno, to jednak oglądając mecz Korona – Wisła można było naocznie przekonać się, jak daleko nam do tych elitarnych rozgrywek. Dream team z Krakowa, ani na razie nie jest teamem (zgranie, zgranie, zgranie!), ani tym bardziej dream (do Barcy czy Realu daleko, oj daleko…).
Mecz zapowiadał się ciekawie z co najmniej kilku względów. Po pierwsze to wiosenny debiut Orange Ekstraklasy po okresie snu zimowego. Po drugie to debiut “nowej” Wisły, ulepionej głównie przez Jacka Bednarza, obwołanej już za czasu dream-teamem. Po trzecie poczynania piłkarzy śledził Leo Beenhakker (wg źródeł prezydenckich – Benhauer), a oprócz niego także m. in.: Henryk Kasperczak i Paweł Janas. Wystarczająco dużo powodów, by zasiąść przed telewizorem w nadziei na dobre widowisko. Przez te dwa i pół miesiąca chyba jednak trochę zapomnieliśmy o poziomie naszej ekstraklasy i chcieliśmy stosować do niej kryteria choćby jak z tegotygodniowej kolejki Ligi Mistrzów. Niestety nie skończyło się to dobrze dla nas, kibiców, bo patrzyliśmy raczej na jakąś bezładną kopaninę dwudziestu dwóch desperatów, którą doprawdy trudno nazwać piłką nożną; nie skończyło się też dobrze (podejrzewam) dla Beenhakkera, który oglądanie “tego czegoś” zakończył chyba ze sporym bólem głowy; nie skończyło się dobrze i dla piłkarzy (tu znów moje podejrzenia), którzy pewnie wysłuchali w szatni nieco niecenzuralnych słów z ust trenerów.
Jeśli chodzi o temat przerwy zimowej w Orange Ekstraklasie to co tu dużo mówić: powinna być ZDECYDOWANIE krótsza! Sprawa wraca co roku jak bumerang, a zmian jak nie było, tak nie ma. Pytam więc: z czym do ludzi? a właściwie do Ligi Mistrzów czy jakichkolwiek rozgrywek “na poziomie”. Od kilku sezonów atmosferyczna zima prawie nie różni się od wiosny, tymczasem piłkarze wciąż dostają masę wolnego. Tylko - pytam się – po co? Po to, by powygrzewać się przy piecu w zaciszu domowego ogniska czy też na słońcu na zgrupowaniach w Hiszpanii, Turcji czy na Cyprze? Na którą ligę z naszego kręgu kulturowo – piłkarskiego nie spojrzeć, żadna nie ma tak długiego odpoczynku! A przecież w Niemczech, Austrii czy Czechach też jest zima, i to nawet nieraz gorsza niż u nas! A jednak grać się da… Dlaczego więc nie da się u nas? czy tak wiele trzeba? Podgrzewane murawy na wszystkich stadionach to nie wyrzucone w błoto pieniądze, ale wydatek, który się opłaci. Mniej trzeba będzie wydawać na zagraniczne zgrupowania, liga będzie bardziej atrakcyjna, więc kibice kupią więcej biletów na mecze, poziom się podniesie, więc nasze kluby będą mogły skuteczniej rywalizować na arenie międzynarodowej. A trzeba powiedzieć to jasno: poziom naszej ekstraklasy po meczu Wisła – Korona (zwłaszcza, gdy ostatnio oglądana była potyczka Celtic – Barcelona) wydał się tak mizerny, jak chyba nigdy przedtem…
Co do Wisły, na którą były ostatnio zwrócone oczy całej piłkarskiej Polski, to powiedzmy sobie szczerze: nie zachwyciła. Na razie dream-team i mistrzowska forma to bardziej melodia przyszłości niż faktyczny stan rzeczy. Zresztą sam trener “Białej Gwiazdy” Maciej Skorża kwitował takie określenia uśmieszkiem i podkreślał, że póki co jest wiele elementów do wyćwiczenia i poprawienia. Na razie można powiedzieć, że… “nowi zawodnicy wiosny nie czynią” i sprawą priorytetową będzie w najbliższym czasie zgranie się drużyny, nauczenie zaufania do siebie i grania “w ciemno”. Nazwiska nie grają, liczy się aktualna forma, dlatego zwłaszcza Radosław Matusiak, który wraca do polskiej ligi po nieudanej przygodzie za granicą, musi dużo pracować, a przede wszystkim grać, grać, grać!, gdyż właśnie ogrania brakuje mu najbardziej. W ogóle cała drużyna Wisły miała problem z komunikacją na boisku, z wyczuciem intencji partnera, przez co trudno było skutecznie wykańczać akcje.

Co do samego meczu to Wisła w sumie powinna być “zadowolona” z remisu, bo równie dobrze mogła przegrać i na pewno nie byłby to wynik niesprawiedliwy, biorąc pod uwagę, że jednak długimi okresami to Korona przeważała, ba, nawet nieraz zamykała Wisłę w obrębie jej własnego przedpola. Wisła zaczęła w dosyć dobrym tempie, ale przeważała właściwie tylko pierwsze 15 minut i w drugiej połowie po bramce dla Korony, kiedy “wiślacy” wzięli się do roboty – był to chyba jedyny okres w meczu, kiedy mogliśmy oglądać w miarę składne akcje. Przeważnie jednak królowały: kopanina, wybijanka, faule, walka, górne podania, piłki adresowane nie-wiadomo-do-kogo, ogólnie – mnóstwo chaosu. Sędzia Bakaluk też się nie popisał (nie widział ani fauli, ani “ręki” Głowackiego) i nie wiedzieć czemu, tylko raz sięgnął po żółty kartonik. Czyżby ktoś zaszył mu kieszeń, z których wyjmuje kartki?
Strzelać próbował ładnie na początku Mauro Cantoro, ale mu nie wyszło, a raczej strzał obronił Kowalewski (powaracający do polskiej ligi). Następny groźny strzał na bramkę Korony Wisła oddała, gdy… zdobywała gola na 1:1. Kokoszka ładnie umieścił piłkę w siatce po zagraniu Zieńczuka i tym samym zmazał swą winę, jaką popełnił przy bramce dla Korony, gdy nie zdążył wrócić pod bramkę. Gol dla kielczan padł “nagle a niespodziewanie”, po ofensywnym rajdzie Sobolewskiego (z podania Hermesa), który przechytrzył Juszczyka i krakowskich obrońców, którzy ewidentnie zaspali w tej akcji. Niestety, właściwie już ostatnie 15, 20 minut meczu wyglądało jak gra na przeczekanie, a piłkarze byli tak zmęczeni, jakby grali w upalnym słońcu ze światowej klasy rywalem.
Co do Beenhakkera i jego obserwacji piłkarzy, to jeśli chodzi o Wisłę, w której na pewno jest więcej potencjalnych kandydatów do gry w kadrze niż w Koronie, to myślę, że wyróżnić można Adama Kokoszkę. Co prawda zawalił przy pierwszym golu, ale strzelił bardzo ładną bramkę, potem świetnie wybił, właściwie w ostatniej chwili, pewnego gola dla kielczan po strzale Wilka i zwłaszcza w drugiej części drugiej połowy naprawdę dużo biegał i walczył. Wszyscy patrzyli też na Wojciecha Łobodzińskiego. Ten zagrał dobrze, chociaż na pewno oczekuje się od niego więcej, trzeba jednak przyznać, że często padał też ofiarą fauli ze strony graczy Kolportera. Brakowało mu trochę finezji i polotu Kamila Kosowskiego, ale myślę, że z biegiem czasu będzie coraz lepiej, chociaż i tak obstaję przy swoim zdaniu, że wraz z “Kosą” Wisła straciła część swojego charakteru. Słów parę należy powiedzieć o Matusiaku, który raczej nie strzelał, co wynikało albo z tego, że nie podawali mu koledzy, albo z tego, że nie wychodził na pozycje, a jak strzelał, to i tak niecelnie. Widać, że brakuje mu rytmu meczowego i na pewno minie jeszcze trochę czasu zanim dojdzie do pełnej dyspozycji.
Premiera Orange Ekstraklasy po zimowej przerwie, z przykrością stwierdzam, nie nastroiła mnie optymistycznie. Skoro na takim poziomie grają jedne z najlepszych drużyn w kraju, to jak zagrają słabeusze? Cóż, jak zwykle pozostaje jedynie mieć nadzieję, że po dwóch, trzech kolejkach ligowa maszyneria rozpędzi się i będzie jechać bez większych zgrzytów. Mimo wszystko nie wiem jak wy, ale ja czekam już na rewanże Ligi Mistrzów za dwa tygodnie…
(Kinia)



