Już nikt mi nie powie, że pękam – tak Andrzej Gołota skomentował swą 41. wygraną na zawodowym ringu walkę. Dodajmy: walkę, która była prawdziwą bokserską wojną i która spowodowała, że Gołota wrócił do boksu, i to tego na najwyższym poziomie. 40-letni pięściarz po raz kolejny udowodnił, że jeszcze nie czas na stawianie na nim krzyżyka. Nie tylko pokazał charakter, ale i otwarł sobie drogę do walki o mistrzostwo świata. A skoro odczarował wreszcie Madison Square Garden, to może odczaruje też mistrzowski pas???
Gdy wstawałam “na Gołotę” w nocy, a właściwie nad ranem, przypomniały mi się stare, dobre czasy pod koniec lat 90., kiedy zawsze, czy to w radiu, czy w telewizji, śledziło się transmisje z jego walk, zawsze licząc, że tym razem Gołota nie okaże się tym “bijącym poniżej pasa”. Nieraz, a nawet przeważnie, były rozczarowania -”wygrane” walki popularny “Andrew” przegrywał w sferze psychicznej, bezsensownie i niepotrzebnie boksując nieczysto, “poniżej pasa”. Ileż to razy wszyscy mieli go już serdecznie dosyć, powtarzając sobie, że następnym razem na pewno nie zarwą nocy… W większości jednak, przynajmniej w moim przypadku, kończyło się tylko na zapewnieniach. Często wstawało się i przeżywało niestety kolejne deja vu.
Mimo wszystkich wpadek Gołota nie stracił jednak sympatii kibiców. Mogę tu powiedzieć o swoim przypadku: mimo że często polski pięściarz denerwował mnie, podobnie jak innych, kiedy przez nieczyste ciosy przegrywał wygrane pojedynki, to jednak zawsze go broniłam, twierdząc, że “przecież na pewno chciał, starał się, że problem leży w sferze psychicznej…” itd. Wraz z kolejnymi niepotrezbnymi i nieraz ośmieszającymi go walkami, rosło zniechęcenie i pesymizm kibiców. Ileż to już razy wróżono definitywny koniec kariery Gołoty? Za każdym razem odradzał się niczym Feniks z popiołów.
Tak było i tym razem. W nowojorskiej hali Madison Square Garden Andrzej Gołota w dwunastorundowej walce “na śmierć i życie” po heroicznym boju pokonał jednogłośnie na punkty Amerykanina Mike’a Mollo. Niedowiarkom pokazał, że “Andrew” to prawdziwy twardziel, któremu niestraszne nawet ciosy, po których nie widzi, a oko przypomina olbrzymią śliwkę. Mimo 40 lat na karku pokazał bardzo dobrą kondycję, wytrzymałość, nie tylko fizyczną, ale i psychiczną (nie dał się sprowokować walczącemu bardzo nieczysto przeciwnikowi) i kawał naprawdędobrego boksu. Strategia wywierania ciągłej presji na przeciwnika przyniosła efekt i choć było kilka momentów, w których Mollo dochodził do głosu, to jednak szybko marzenia o wygranej zostały mu wybijane z głowy. Gołota pokazał też serce do walki i niebywałą wolę zwycięstwa; pokazał, co to znaczy być sportowcem i walczyć do upadłego. Myślę, że tą walką zaimponował nie tylko mnie, która zawsze mu kibicowała, ale także całemu bokserskiemu światu. Sam Mike Mollo przyznał: Nie miałem pojęcia, że ten starszy człowiek może bić taką liczbą kombinacji.

Można powiedzieć, że kariera Gołoty znów nabrała przyspieszenia. A kariera ta obfitowała we wzloty i upadki, a dramatycznych momentów nie brakowało. Już w 1988 roku odniósł wspaniały sukces, jeszcze jako amator. Na olimpiadzie w Seulu zdobył brązowy medal (w półfinałowej walce musiał wycofać się z powodu kontuzji)!!! Był także brązowy medal Mistrzostw Europy w Atenach, zdobyły rok później. W 1992 roku przeszedłna zawodowstwo, walcząc głównie w Stanach Zjednoczonych. Wygrywał kolejne walki, ale już od 1996 rok ciągnęła się za nim opinia boksera, walczącego nieprzepisowo. Wtedy to znokautowałDanello Nicholsona, uderzając go głową, co jest oczywiście zabronione. Potem przyszły pamiętne walki z Riddickiem Bowe, z którym wygrałby, gdyby… nie został w nich zdyskwalifikowany za ciosy poniżej pasa.
W 1997 roku walczył o mistrzostwo świata ze słynnym Lennoxem Lewisem. Niestety, został znokautowany już w pierwszej rundzie. Jednak po serii sześciu zwycięstw m. in. z Timem Whiterspoonem, znów walczyłopas mistrzowski, tym razem z Michaelem Grantem. I znów się nie udało. Mimo prowadzenia przez całą walkę, niewiele przed końcem zaliczył knockdown i nie kontynuował walki.
W 2000 roku przyszło mu walczyć z “Bestią”, czyli Mike’m Tysonem. Był liczony już w pierwszej rundzie, a niedługo potem odmówił dalszej walki i jak to określiła większość, po prostu uciekł z ringu, po drodze obrzucony pomidorami i niemiłosiernie wygwizdany. Choć u Tysona wykryto po walce niedozwolone substancje i uznano ją za niebyłą, to jednak nikt chyba nie wierzył w odrodzenie Gołoty. A to nastąpiło po trzech latach. Po kilku zwycięskich walkach w 2004 roku stanął do pojedynku z Chrisem Byrdem o pas IBF. Niestety, walkę uznano (trochę niesłusznie) za remisową i Amerykanin zachował pas. Walczył też w tym samym roku z Johnem Ruizem i tu walkę o mistrzostwo przegrał na punkty. W 2005 roku już w 53 sekundzie znokautował go Lamon Brewster. Wydawało się, że to definitywny koniec kariery Gołoty.
Po raz kolejny powrócił jednak na ring. W 2007 roku pokonał dwóch słabszych rywali przez techniczny nokaut, no i teraz zwyciężył z dużo młodszym Amerykaninem Mollo na punkty. Znów jego kariera nabrała tempa. Kolejna szansa walki o mistrzostwo coraz bliżej… Wiem jedno: Gołota pokazał, że mimo wszystko jest niezniszczalny, i że pomimo 4o lat wciąż marzy o mistrzostwie świata i do niego dąży. Nadzieja na sukces zagościła w sercach kibiców. Zresztą ponoć “Życie zaczyna sie po czterdziestce”.
(Kinia)




Andrzej na prezydenta ;P
powiem tylko tyle, to oko wygląda strasznie, a wiem jak boli oberwanie z rękawicy bokserskiej….