Był rok 1996, Charlotte Hornets w pierwszej rundzie draftu, z numerem 13 wybierają młodego czarnoskórego rzucającego obrońcę, który jeszcze 5 lat temu mieszkał z rodziną we Włoszech. Kobe jednak nigdy nie zakłada koszulki “Szerszeni”, gdyż staje się elementem wymiany na linii Charlotte – Los Angeles, w wyniku której graczem Hornets staje się Vlade Divac.
Mamy rok 2008. Kobe nadal jest “Jeziorowcem”.
Nie ma co do tego wątpliwości, że Kobe Bryant jest aktualnie jednym z najlepszych graczy w NBA. To nic zaskakującego, biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze w sezonie 97/98 ogłaszano go następcą Jordana. Wtedy to, po pierwszym nieudanym sezonie w lidze zawodowej (wiele kontuzji, pozycja rezerwowego), rozegrał cudowny mecz właśnie przeciwko Chicago Bulls, zaliczając 33 punkty. Lepszy był tylko “Air”, z 36 punktami.
Na kolejną potyczkę tych panów nie musieliśmy długo czekać – Kobe został wybrany do All Star Game, któro odbywało się w Madison Square Garden w Nowym Jorku. Ostatecznie znów musiał uznać wyższość Michaela, lecz widać było wyraźnie, że wyrasta nam super gwiazda.
Kolejny sezon zdominowany był przez lockout. Zawieszenie ligi dało się we znaki wszystkim niemal drużynom. Lakersi w tym sezonie odpadli po dosyć gładkiej porażce z późniejszymi mistrzami – San Antonio Spurs. Kobe kończy ze średnią punktową 19,9 na mecz.
Sezon 99/2000 rozpoczął się dla Bryanta fatalnie. Złamanie ręki wykluczyło go z gry na 6 tygodni. Po tak długiej nieobecności i lepsi gracze już nigdy nie wracali do formy. Kobe dał radę. Po pierwsze, drużyna, która grała do tej pory bardzo średnio, zaczęła wygrywać z każdym. Po drugie, trio w postaci Shaq-Kobe-Rice (doszedł do zespołu w miejsce Eddiego Jones’a) potrafiło rozbić każdą defensywę, tracąc jednocześnie bardzo mało punktów. Shaq i Bryant zostali zresztą wyróżnieni, trafiając do First Defensive Team. Po trzecie, Lakers kończą sezon zasadniczy jako najlepsza drużyna ligi. I wreszcie, po czwarte, zdobywają upragniony tytuł mistrzowski. Po 11 latach mistrzostwo wraca do Miasta Aniołów.

Jeziorowcy prawdziwą presję (w końcu byli obrońcami trofeum), poczuli dopiero w następnym sezonie. Wszystko za sprawą wielkiej kłótni, pomiędzy dotychczasowym liderem zespołu, Shaqiem, a liderem wyrastającym, Bryantem. Obydwaj grali świetnie, obydwaj zdobywali po 30 punktów i obydwaj na łamach prasy się obwiniali. Po raz pierwszy pojawił się temat transferu Bryanta.
Ostatecznie O’Neal i Bryant podali sobie ręce, na jakiś czas zawieszając broń. Wtedy też Lakers zaczeli ponownie grać jak na mistrzów przystało. Ostatecznie zajęli pierwsze miejsce w dywizji, a Kobe zakończył sezon ze średnią 28,5 punkta na mecz. A warto też wspomnieć o 5,0 asysty, 4,9 zbiórki i 1,7 przechwytu na mecz.
W Playoff grał jeszcze lepiej, a Los Angeles Lakers zdobyli drugi tytuł mistrzowski z rzędu. Sukces zresztą powtórzyli i w sezonie następnym. Trzy mistrzostwa z rzędu. Niczym Chicago Bulls.
Co się dalej działo z Bryantem? Nic nowego. Wciąż zdobywał doświadczenie, wciąż był liderem drużyny (zwłaszcza po odejściu Shaqa), a w sezonie 05/06 roku otarł się wręcz o boskość Jordana, co do tej pory nie udało się chyba żadnemu zawodnikowi. Liczby punktów zdobyte przez niego w kolejnych meczach robiły wrażenie nawet na największych przeciwnikach i Lakersów i Bryanta. Swój rekord ustanowił 22 stycznia, w meczu przeciwko Toronto Raports, rzucając, uwaga, 81 punktów! Tego nie dokonał nawet Jordan.
Po tym cudownym sezonie Kobe zmienił numer na koszulce, z 8 na 24.
Sezon poprzedni był już jednak zły. Kobe stał się bardzo niezadowolony:
“I would like to be traded, yeah,”
“Tough as it is to come to that conclusion there’s no other alternative, you know?”
“Three years ago when I was re-signing they should have told me they wanted to rebuild.”
I najważniejszy:
“At this point I’ll go play on Pluto.”
I się zaczęło. Ruszyła lawina spekulacji, plotek i domysłów. Dziennikarze transferowali Bryanta wszędzie gdzie tylko się dało, zaczynając od Chicago Bulls, na Portland kończąc. Do tego wyszły plotki, jakoby to Kobe był głównym powodem wytransferowania Shaqa, namawiając do tego właścicieli. Sam Bryant kategorycznie temu zaprzeczył, a Shaq w wywiadzie przyznał, że wierzy koledze z zespołu w stu procentach.
Wszyscy wiemy, jak afera się zakończyła. Kobe nagle zamilkł i gra dalej dla Lakers. A Jeziorowcy w tym sezonie radzą sobie całkiem nienajgorzej.

Kim teraz dla ligi NBA jest Kobe Bryant? Przede wszystkim pozostaje od 12 lat wiernym graczem Los Angeles Lakers. Jest trzykrotnym mistrzem ligi, jednym z najlepszych strzelców w jej historii i najlepszym graczem swojego zespołu. Warto odnotować, że w tym sezonie, w meczu przeciwko Suns, wygranym przez LA 122:115, Bryant (38 punktów) stał się najmłodszym graczem, który przekroczył 20,000 punktów. Poza tym jest jednym z najlepszych defensorów ligi. Kogo Wam to przypomina?
To bez wątpienia gracz wybitny, który po zakończeniu kariery będzie stawiany w jednym szeregu z Michaelem Jordanem. I co najważniejsze, to jeden z niewielu, którzy na to zasługują.
Na koniec bardzo ładna kompilacja z najładniejszymi akcjami Kobe Bryanta:
(Majlosz)




nie tak dawno, napisałes o NBA inny artykuł, który był nacechowany zupełnie inaczej. Pisałeś w nim że po odejściu Jordana, NBA nie ma swojej ikony. Tu napomiast zaliczasz Bryanta w poczet sław, obok Jordana… Może wiec jednak z koszykówka nie jest tak źle i są zawodnicy będący rozpoznawani jako jej przedstawiciele, nawet pomimo iż(…)
Poprzedni artykuł dotyczył ikon NBA… Kobe, choć jest zawodnikiem znakomitym i przejdzie z pewnością do historii ligi, jest mały krok za MJ-em. I nie jest taką wielką postacią jak Jordan. Nie mówię o umiejętnościach, raczej aurze, która wokół gracza Bulls została stworzona.
Kobe nie jest tak ważny jak Jordan bo nie zrewolucjonizowal koszykówki, jest wybitny, ale nie wprowadzil do koszykówki nic nowego jak zrobil to Jordan, wiec nie chodzi tu o zadną aurę stworzoną wokół niego. ciekawy jestem tylko kto by wygral 1na1 Kobe czy Jordan (oby dwoje w najlepszej swojej formie). :D