Rekordy, rekordy, rekordy… Dziennikarze potrzebują ich jak ryba wody, w końcu o czymś trzeba pisać; kibice ekscytują się nimi wtedy, gdy mają miejsce; sportowcy przeważnie podchodzą do nich jak do kija – nie lubią pytań o nie, presji i oczekiwań, związanych z biciem rekordów. Czy więc rekordy naprawdę są nam potrzebne?
O rekordach jakoś tak przypomniało mi się przy okazji Thomasa Morgensterna i jego ostatnich wyczynów. jak zwykle w takich przypadkach było wielkie wyczekiwanie; pobije rekord sześciu zwycięstw z rzędu w Pucharze Świata czy nie? Nie pobił… jedynie wyrównał. Nic jednak straconego, pewnie wkrótce dziennikarze wywąchają jakiś nowy rekord, który czeka na pobicie i który “wisi na włosku”.
Często mam wrażenie, że dziennikarze wyszukują wszelakie statystyki, zastanawiają się, którą by tu można dopasować do aktualnej sytuacji, a potem już tylko robią to, co uwielbiają – rozdmuchują całą sprawę, wywołują szum medialny…. i tak to się wszystko kręci. Gazety dobrze się sprzedają dzięki chwytliwym tytułom – czy Morgenstern wygra po raz siódmy, czy Małysz zdobędzie piątą Kryształową Kulę….; transmisje sportowe zyskują na oglądalności, zresztą nic dziwnego – każdy chce zobaczyć rekordowy wyczyn. Dziennikarze, producenci, kibice… wszyscy są zadowoleni. Wszyscy szukają “mięsa” i go dostają. Ale co ze sportowcami?
Nieraz powtarzają oni, że rekordy ich nie interesują, że chcą po prostu pobiec jak najlepiej, oddać dwa równe skoki, tak, by nie mieć sobie nic do zarzucenia. Często niechętnie mówią o zwycięskich passach, o minutach bez puszczonego gola, o wygranych konkursach pod rząd, o rekordowej ilości punktów, do której tak niewiele brakuje. Na pewno po części bierze się to ze strachu, presji związanej z oczekiwaniem wszystkich, że rekord jednak zostanie pobity i będzie o czym mówić, pisać, co pokazywać. Taka presja niestety potrafi często nie zmobilizować, ale właśnie sparaliżować, a wtedy z rekordu nici. Z drugiej jednak strony, choć sportowcy niby o rekordach nie myślą, to jednak na pewno w ich podświadomości siedzi ta chęć bycia najlepszym. Któż bowiem, jeśli już pobije rekord, nie chwali się tym, nie jest dumny ze swego osiągnięcia?
Czy rekordy są więc potrzebne? Czy są miarodajnym źródłem informacji? Czy tak naprawdę można porównywać rekordy na przestrzeni lat czy dziesięcioleci, jeśli warunki społeczne, polityczne, życiowe są zupełnie inne? Z jednej strony można powiedzieć, że owszem rekordy są dosyć obiektywne, bo jakby nie było, są spisane, zmierzone, udokumentowane, są niezniszczalnym śladem, że “taki a taki” zrobił “to i to”. Z drugiej jednak strony są bardzo nieobiektywne – nie chodzi tylko o zmieniające się realia sportu na przestrzeni lat, ale także o takie nieprzyjemne incydenty jak doping czy oszustwa, zatajenia itd.

Tabele rekordów pewnie są przydatne, jeśli wziąć pod uwagę perspektywę dziejową, że się tak górnolotnie wyrażę. Chodzi o to, że jeśli sportowiec był wybitny, swoje miejsce w historii ma i mieć będzie. Jego prawnuki, praprawnuki i inni żądni wiedzy znajdą jego imię, nazwisko i osiągnięcia. Dzięki swoim osiągnięciom przetrwa w pamięci ludzi (zupełnie jak u Horacego: Non omnis moriar – Nie wszystek umrę…). Na przykład taki Małysz już właściwie jest najwybitniejszym skoczkiem w historii, a przecież ciągle jeszcze skacze i ma szansę na pobicie kolejnych rekordów – choćby tego w liczbie zwycięstw w zawodach Pucharu Świata. A Michael Jordan? Dzieki statystykom, chociaż oczywiście nie tylko, ma zapewnione miejsce w historii jako najwybitniejszy albo jeden z najwybitniejszych graczy w historii NBA.
Jest i druga strona medalu – pomyślmy o tych wszystkich rekordach, “spłodzonych” przez tytanów, mutantów, babochłopów i wszelkiego rodzaju dziwolągów, nafaszerowanych farmakologicznymi specyfikami, których, nie oszukujmy się, nie brakowało w historii sportu. Niektóre z tych rekordów oczywiście zostały oczywiście wymazane, jeśli kogoś przyłapano i udowodniono mu winę. Ale ile jest takich przypadków, że prawda nigdy nie wyszła na jaw i pozostała jedynie w kręgu domysłow? Weźmy chociażby niepobite od wielu lat rekordy legendarnej biegaczki amerykańskiej Florence Griffith Joyner (znanej jako Flo-Jo) czy chińskich pływaków. Jaką one przedtawiają wartość? Czy jakąkolwiek? Co nam mówią o ludziach, którzy tego dokonali?
Tak więc rekordy rekordami, ale zalecany jest umiar i trzeźwe spojrzenie. Ważniejszy od rekordów jest sam sportwiec, jego osobowość, jego charakter, jego życie… Ważne, by swe osiągnięcia budował na uczciwości, na walce w duchu fair play. Może nie zawsze będzie mial miejsce w statystykach, ale właściwie czym są statystyki? Czasem litanią cyferek… Rekordy dobra rzecz… dla dziennikarzy, a właściwie dziennikarskich “dziejopisarków”. My pamietajmy, że sport jest sportem, a nie areną cyrkową i tak naprawdę licza się emocje i sportowa walka.
(Kinia)




pamiętam pewien moment, kiedy lekkoatletyka, którą uwielbiałam oglądać, straciła dla mnie całą magię i urok. to był moment, kiedy zobaczyłam płaczącą Marion Jones, przyznającą się do dopingu i zrzekającą się swoich medali. myślę, że kibice w większości poczuli się wtedy bardzo bardzo oszukani. wszystkie emocje, które przeżywali razem z pobijającą rekord Marion (lub kimkolwiek innym w podobnej sytuacji – afer dopingowych nie brakuje) okazały się po prostu głupie. trudno teraz nie zastanawiać się na każdych innych zawodach: ‘Hm, no fajnie wszystko, ale pewnie jest naszprycowany/a’. w pewnym sensie czar sportu prysnął.
Niestety Anetko masz rację – też tak mam, że gdy oglądam z mamą lekkoatletykę i widzimy jakiś rekord, to już się nawet nie “podniecamy” tak, jak dawniej… A pamiętam, jak kibicowałam Marion Jones… Teraz to wszystko jest takie niesmaczne… Nie mówię np. o kolarstwie, którego podobno nie da się wręcz uprawiać bez dopingu… Sport jest dzis widowiskiem, wszyscy chca rekordow…telewizja,kibice..i tak to sie wszystko kreci…
Mnie w ogóle w lekkoatletyce brakuje wielkich sportowców, dla których nawet biegi na XX kilometrów były ciekawe.
Pamiętacie Siergieja Bubkę? Ja tak. Ilu teraz możecie wymienić tyczkarzy? Ja żadnego. Pamiętacie Edwina Mosesa? Mosesa Kiptanui, Wilsona Kipketera, Marię Mutolę, Haile Gebreselasie? Ja tak.
A potraficie wymienić aktualnych biegaczy, tyczkarzy, skoczków?
/EDIT
Ja potrafię wymieniać nazwiska, ale nie kojarzą mi się z bohaterami których oglądałem jeszcze kilka lat temu. To już nie są spartańscy herosi, których pamiętam choćby z Atlanty.
Zgadzam się, choć może nie w 100%. W niektórych dyscyplinach są wielkie nazwiska, chociaż i one czasem, jak się okazuje, nie są nieskazitelne. Poza tym, ktoś taki jak Bubka trafia się raz na ileś tam lat. Po prostu od jakiegoś czasu oglądam ten sport przez inny pryzmat – z lekkim dystansem. Emocje nie te, co kiedyś. Wielcy bohaterowie jeśli są, to po kilku latach i tak przeważnie pada na nich podejrzenie o doping. Ci są więc dyskwalifikowani lub nagle kończą karierę, pozostają przeciętniacy ( a może po prostu nienaszprycowani) i dyscyplina stacza się w przeciętność.
A propos jeszcze skoku o tyczce, to aż żal patrzeć, że dziś neraz do medalu potrzeba skoczyć 5.80, a rekord Bubki wynosi 6,14… Czy tu potrzebny jest jakikolwiek komentarz?!