
Liga zawodowa NBA jest bardzo mocno promowana, zarówno w USA jak i na całym świecie. Koszykówka amerykańska cieszy się olbrzymim zainteresowaniem. Ja jednak mam nieco inne zdanie na ten temat, dlatego też postanowiłem przeprowadzić test. Zapytałem moją Cioteczkę, kobietę w średnim wieku, czy wie kim jest Michael Jordan. – Naturalnie - usłyszałem w odpowiedzi – To ten sportowiec, koszykarz, prawda?
Chwilę później zadałem drugie pytanie: – A kojarzysz Ciociu Kobe Bryanta, Allena Iversona, LeBron James’a, D. Wade’a czy też Gilberta Arenasa?
- Nie, kim oni są? Też jacyś sportowcy?
Tematyką NBA interesuję się od dawna, pamiętam do dzisiaj odejście Jordana z Ligi, później jego powrót i kolejne trzy tytuły mistrzowskie. Pamiętam czasy Barkley’a w Phoenix, lot “Szybowca” Drexlera i słynne “hornackowe” rzuty wolne, wykonywane zawsze po wcześniejszym potarciu skroni. Jak przez mgłę, ale nadal, pamiętam jedyny prawdziwy Dream Team, z Barcelony, na który każdy obserwator patrzył jak zahipnotyzowany, zastanawiając się, czy to co widzi jest prawdziwe. Cóż więc takiego stało się z koszykówką? Cóż takiego stało się z najlepszą koszykarską ligą świata, jaką bez wątpienia jest NBA?
Z jednej strony nie stało się nic. Każdy, kto uważnie śledzi wyczyny starych, choć grających jeszcze weteranów ligi, czy też młodych, błyskawicznie rozwijających się talentów, stwierdzi że przecież wszystko jest w należytym porządku. Kobe zdobywa 50 punktów w meczu, Jason Kidd zapisuje na swoje konto kolejne triple-double, a LeBron znów wznosi się na szczyty ludzkich możliwości, dogrywkę przemieniając w teatr jednego aktora. San Antonio Spurs po raz kolejny są głównym faworytem do zdobycia mistrzostwa, choć w tym sezonie nie będzie im łatwo, gdyż w finale spotkają się z niesamowitymi Boston Celtics. Czyli wszystko gra. Jest ciekawie, czasem dramatycznie, ale generalnie atrakcyjnie. Mam w tej kwestii bardzo odmienne zdanie. NBA pokrył cień.
Podstawowy argument. Czy potraficie teraz jasno i bez zająknięcia odpowiedzieć, kto jest teraz najlepszym koszykarzem w NBA? LeBron James? W ostatnich finałach zawiódł, nie potrafił wziąć na siebie ciężaru gry i psychicznie po prostu wysiadł. Kobe Bryant? Od ostatniego mistrzostwa Lakers, nie jest w stanie doprowadzić zespołu dalej niż do Playoff. Dwayne Wade? Nie był w stanie zatrzymać młodych, rozjuszonych Chicago Bulls, przez co Heat byli pierwszymi w historii obrońcami tytułu, którzy odpali już w pierwszej rundzie. Nazwisk jest znacznie więcej, od Steve’a Nasha, przez Jasona Kidda, aż po Yao Minga. Ale nie jestem w stanie wymienić któregokolwiek z tych graczy, jako najlepszego koszykarza Ligi. W latach 90. problemu nie było. Najlepszy był Michael Jordan.
Czy potraficie teraz jasno i bez zająknięcia odpowiedzieć, która drużyna jest aktualnie najlepsza w NBA? San Antonio Spurs? Zdobywają mistrzostwo, ale co dwa lata na Wschodzie pojawia się zespół który w magiczny sposób psuje plany “Ostróg” i wyrywa im tytuł z rąk. Miami Heat? Mistrz sprzed dwóch lat jest teraz jednym z najgorszych zespołów w lidze. Przegrywają wszystko, a nie jest im w stanie pomóc nawet Shaq, który przegrywa walkę pod koszem z obrońcami. Boston Celtics? Rozpoczęli sezon fantastycznie, ale do mistrzostwa dzieli ich jeszcze ogromny dystans. Czas pokaże, na ile dobra jest ta drużyna. Lakers? Gdyby nie Kobe, leżeliby właśnie na dnie ligi, wspominając cudowne lata gdy Bryant i Shaq wygrywali mecze dla L.A. W latach 90. problemu nie było. Najlepsi byli Chicago Bulls.

Zmierzam do tego, że w tym momencie NBA nie ma ikon. Nie ma Kareema Abdul-Jabbara, nie ma Larry’ego Birda, nie ma Magic’a Johnsona, nie ma wreszcie Michaela Jordana, czyli zawodników, z którymi liga była utożsamiana. Teraz twarzą NBA jest zawodnik, który podpisze najwyższy kontrakt z Nike, a jego postać pojawi się na okładce kolejnej odsłony gry NBA Live. Liga stała się bezpłciowa. Możecie powiedzieć, że to lepiej, jest większa rywalizacja, nie ma jednego żelaznego faworyta. Ale czyż nie było piękniej, gdy na tor wyścigowy w swoim czerwonym bolidzie wjeżdżał Michael Schumacher? Czyż nie było tego cudownego dreszczu emocji, gdy na taflę lodu wskakiwał Wayne Gretzky? Czyż na Waszych twarzach nie pojawiał się promienny uśmiech, gdy na parkiet wbiegał ten niemal dwumetrowy ciemnoskóry idol, przy wtórującym mu krzyku tysięcy fanów i spikera: “… and now, from North Carolina, number 23, Michael Jordaaaaaan!”…..
(majlosz)



Znak czasu drogi Majloszu. Teraz nie licza sie gwiazdy, liczy sie kolektyw. A jezeli ktos nie wie kim jest Kobe Bryant to swiadczy tylko o tej o sobie, nie najlepiej swiadczy (koles w 2006 roku rzucil 81 punktow!). A z tym wybieraniem najlepszej druzyny… najlepsza druzyna w NBA jest ta, ktora zdobyla mistrzostwo – i tyle. Kazdy ma swoje sympatie. Dla mnie najlepsza w Polsce jest Pogon Szczecin (IV liga), dla Ciebie pewnie Wisla. Jezeli chodzi o NBA to uwielbiam Sunsow – za ich ofensywna gre. NBA nie potrzebuje megagwiazdy, za duzo jest gwiazd by sposrod nich wybrac tego naj (chociaz rok temu Nash powinien pobic rekord i 3x z rzedu zdobyc MVP). Koszykowka poszla na przod, jedynie grajac dla druzyny a -nie dla swoich statystyk- mozna cos osiagnac. Czasy ‘jordanowskie’ nigdy nie powroca i trzeba sie z tym pogodzic :).
derylku, starałem się poruszyć bardziej problem braku ikony ligi, Jordan nigdy nie grał dla siebie i dla swoich statystyk, a Bulls to był zespół który zachwycał grą zarówno w sezonie zasadniczym jak i w playoff (rekrod bilansu zwycięstw do porażek). Nie chodzi mi o to że nie ma teraz gracza który by w pojedynkę wygrywał mecze. Bo za takiego w pewnej mierze można uznać Bryanta. I jest on cholernie osamotniony w Lakersach. Tyle, że on póki co nie stał się takim bohaterem Ligi, jakim był Michael.
Co do znania się, nie każdego interesuje sport, nie każdy musi znać Nasha czy Kidda. Ale każdy wie kim jest Schumacher, Pele czy Jordan.
Kto wie, czy czasy jordanowskie nie powrócą… myślę że w lidze brakuje takiego gracza, jakim Jordan był. Najbliżej do niego był chyba LeBron, ale niestety okazał się być o wiele słabszy psychicznie. Może Kevin Durant?…
Na czym jak na czym, ale na koszykówce się nie znam, zresztą dobrze o tym wiesz. Moja ignorancja w sprawach sportu na szczeście dotyczy tylko niektórych dziedzin, o pozostałych mam jakąś wiedzę, czasem mglistą, lecz zdarza się że i poważniejszą. Dlatego w tym temacie chciałam zaznaczyć jedynie iż podoba mi się styl w jakim piszesz, przyjemnie się to czyta. Jak każdy artykuł, tak jak i ten jest pisany przez jakaś konkretną osobe, mjacą swoje upodobania i peferencje. Ciężko jest zachować obiektywizm pisząc cokolwiek. Jesteśmy ludźmi i choćby przez to nasze wypowiedzi są bardz subiektywne, co w brew pozorom jest zaletą. Mam nadzieję ze nie skończy się tylko na płonnym zapale, tylko że ta pasja będzie rozwijana i pielęgnowana. Oby tak dalej
“Najbliżej do niego był chyba LeBron, ale niestety okazał się być o wiele słabszy psychicznie. ”
???
Jordan zdobyl pierwszy tytul w wieku 28 lat, King James ma dopiero 23 wiec ma jeszcze sporo czasu.